sobota, 7 września 2019

Od Dary c.d. Tobiasa

 Miałam ochotę kolejny raz zaprotestować, powiedzieć, że przecież to jego życie, a nie moje. Tylko dlaczego słowa nie chciały przejść mi przez gardło? Utknęły gdzieś pomiędzy dobrymi intencjami, a własnym egoizmem. Chęcią zapewnienia ciemnowłosemu iście matczynej miłości, której zabrakło mu w najmniej odpowiednim momencie. Każdy potrzebuje obojga rodziców, a fakt, jaki zawód i drogę wybrał- zrzucała właśnie na brak jednego z tej tak ważnej dwójki. Tym właśnie tłumaczyłam wszystkie decyzje podejmowane przez Tobaisa, większość zachowań odbiegających od ogólnie przyjętej normy społecznej. Sama dobrze wiem, jak to jest żyć bez matki. Ze świadomością, że mogło być zupełnie inaczej, gdyby nie jeden, mały, ludzki błąd. Wybranie drogi wpływającej negatywnie na całą resztę.
 Na otoczenie.
 Na rodzinę.
 Na mnie.
 Egoistkę i samoluba, która nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że Artem jest przecież jedynie przyjacielem. Najlepszym, jakiego mogłam tylko zapragnąć. A jednak chciałam więcej i więcej, jakbym miała do tego pełne prawo. Nie przyjmowałam do wiadomości faktu, że mogę nie być w jego typie. Że marzenia dla innych stanowią motor do dalszego działania. Odłożyłam kubek obok czekolady, jedynie odprowadzając wzrokiem swojego towarzysza niedoli, w głowie mając jedynie jego słowa. Nie ten potok tłumaczenia się, nie propozycję pomocy, która i tak nie przyniesie żadnego rezultatu. Tylko wypowiedzenie umowy. Coś, czego szczerze pragnęłam, odkąd zrozumiałam, jak wiele dla mnie znaczy i jak bardzo boli mnie każda z jego ran, urazów poniesionych podczas licznych akcji sprzątania po pokazach ludzkiej głupoty.
 Tylko dlaczego decyzja ta była dla mnie policzkiem? Powinnam skakać ze szczęścia, a zamiast tego poczułam się jedynie winna pokrzyżowania planów Tobiasa. Odebrania mu czegoś, co było dla niego priorytetem, jego tato tak wiele razy mi o tym opowiadał. O pasji swojego syna. I za każdym razem twarz pana Whitehorna, zapewne zupełnie tego nieświadomego, przybierała wyraz głębokiego zmartwienia. On również nie chciał stracić syna, nieważne co by nie mówił mi, Natanielowi, Tobiasowi czy całej reszcie. Dla rodzica największym ciosem byłoby pochowanie własnego dziecka.
 — To nawet nie boli— mruczę pod nosem, jak zawsze bierna, gdy zaczynał się mną opiekować. Nigdy nie wszczynałam buntu, nie protestowałam, bo on zawsze chciał dobrze. To złoty chłopak, nawet jeśli miał swoje wady. I właśnie tego złotego chłopaka kocham na zabój. Prostolinijnego, a jednak szalenie inteligentnego, o ogromnym sercu. Chorym, przecież nieraz brał ukradkiem tabletki, myśląc, że nie widzę albo nie potrafię rozpoznać tego charakterystycznego koloru lekarstwa.—Poza tym rób, co chcesz. Jesteś dorosłym i wolnym facetem, nie mam prawa podejmować za ciebie decyzji.
 Ostatnie słowa miały być zamknięciem tematu, który pewnie i tak by drążył. Z czego wynikła by kolejna kłótnia o nic. Spór bezsensowny, w końcu nawet nie jesteśmy parą. Nie miałam co o tym marzyć. Nikt nie zechciałby laski po białaczce, nosicielki kilku, jak nie kilkunastu wadliwych genów, którymi zapewne będą obciążone dzieci. Wysoka, naturalnie szczupła, przez większość czasu musiałam nosić okulary przeciwsłoneczne. Bielactwo mające swoje miejsce w oczach, ale i naturalnie niska odporność sprawiały, że większość, jak nie wszyscy mężczyźni mnie przekreślali już na starcie. Traktowali jako zabawkę na kilka godzin po imprezie, a ja do pewnego momentu uważałam to za zaletę.
 W gwoli ścisłości do momentu, gdy Tobias wpakował się z butami do mojego życia. Przyjęłam go z otwartymi ramionami, nawet jeśli brat mi tego odradzał. Tak wiele razy ostrzegał, że będę przezeń płakać.

︙T O B C I U ?︙

środa, 4 września 2019

Od Bolinaia - cd. Anastazji

To nie tak, że przystosowanie do życia w innym kraju jest trudne. Zupełna kwestia przywiązania do miejsca, w którym się urodziło. Sytuacja wygląda tak, że każdy przeżywa wszystko inaczej. Każdy miał w życiu inną sytuację, która sprawiła, że jest taki a nie inny. U jednych można próbować coś zmienić, pomóc, cokolwiek. U innych zrobić się nic nie da.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że ludzi można tolerować, ale niekoniecznie akceptować. Że każdy z nas w pewnym momencie stanie w sytuacji, w której będzie musiał rozmawiać z osobą, której zwyczajnie nie trawi. Jednak czy zasada ta aplikuje się do wszystkich osób? Wychowałem się w rodzinie, która ogromną wagę przykłada do jakiejkolwiek rodzaju szacunku. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia osoby, która do każdego pała nienawiścią. Empatia jest cechą, którą nie każdy posiada. Jest czymś cennym, czymś czego coraz częściej brakuje.
Dlatego widząc brązowe, kręcone włosy i delikatne oczy, dające na myśl wręcz niewinną sarenkę, po prostu nie potrafiłem nie przerwać rozmowy. 
Wiem, że nie każdy potrafi akceptować osoby, które nie są takie jak on. Nie mogę jednak powiedzieć, że wiem jak to jest być w jej sytuacji. Ludzie powinni zastanowić się, czy bycie niepełnosprawnym jest czymś, przez co innych powinno się odrzucać. Takie osoby również żyją tak jak my. Mają takie same problemy, kochające rodziny i przyjaciół. Na świecie dzieją się gorsze rzeczy niż to. Nie lepiej przejmować się tym, że ktoś miał wypadek? Lub że właśnie prawie popełnił samobójstwo? Albo ma ważny sprawdzian? 
Każdy z nas ma różne rozterki. To one tworzą nas tym kim jesteśmy. Nie mamy obowiązku zmieniać się tylko dlatego, że przypadkowej osobie z ulicy coś nie pasuje. Każdy zasługuje na taki sam szacunek, jakiego wymaga od innych.
Nie wahałem się, żeby podejść. Chociaż się przywitać. Uprzejmość jeszcze nikomu nie zaszkodziła. 
Spokojnym krokiem podszedłem do dziewczyny, kłaniając jej się nisko na przywitanie. Nawyk wyniesiony z rodzinnego domu. Uniosłem delikatnie kąciki ust, możliwe że nie do końca widocznie.
- Witaj Anastazjo - mruknąłem do niej, prostując swoją postawę.
Rozejrzałem się ukradkiem po okolicy, próbując oszacować skąd dziewczyna właśnie wraca. Nie trudno było się domyślić. Właściwie to ogarnęła mnie pewnego rodzaju euforia, wiedząc że mam kogoś znajomego na zajęciach muzycznych.
Właściwie nie zwróciłem wcześniej uwagi, czy dziewczyna znajduje się w budynku.
W Chinach dość długo moim głównym instrumentem był guqin. To coś w rodzaju poprzecznej gitary. Obaj, wujek i Zhenlan wiele razy namawiali go do wypróbowania innego instrumentu, tłumacząc się tym, że nie warto grać tylko na jednym. Bzdura. Poza Azją jednak, instrument nie jest właściwie znany. Pewnie rzadko która osoba miała z nim styczność. Zostało mi więc wybrać coś zupełnie innego. No, a flet poprzeczny świecił do mnie z listy dostępnych instrumentów. Tak właśnie trafiłem na profil muzyczny, jak i dodatkowe zajęcia o tej tematyce.
- Panienka chętna na spacerek do pokoju?

[Ana? to moje pierwsze opowiadanie od 2 lat xD]

Od Tobiasa - Cd. Dary

Naprawdę sądziła, że nie zauważę? Że jestem na tyle ślepy? Może przez te dwa lata mieszkałem z Natanielem w pokoju. Może znam się z nią tylko rok. Ale tyle w zupełności wystarczyło, by dowiedzieć się tak wiele o drugiej osobie. Dobrze ją poznać. Ba, nawet się zaprzyjaźnić! Ale coraz częściej odnosiłem wrażenie, że między nami się zaczyna sypać. Dlatego nigdy nie miałem odwagi, by skusić się na wyznanie jej uczuć. W jakikolwiek, może nawet i najbardziej idiotyczny sposób. Bałem się, że takie coś zupełnie przekreśli całą naszą relację. Przekreśli i pogrąży, a ja znów zostanę sam ze załamanym sercem. Jak wtedy, gdy zobaczyłem Ankę obściskującą się na korytarzu z kapitanem szkolnej drużyny futbolowej. Miałem świadomość, że Dara nie jest taka. Że nawet, jeśli chciałaby, aby między nami wszystko się skończyło- porozmawiałaby ze mną jak człowiek z człowiekiem, a nie przyprawiała rogi w najlepsze. Dlatego bez zbędnych słów pozwoliłem, by torba po prostu zsunęła się z mojego ramienia, z hukiem upadając na podłogę. Gustowałem w twardych zeszytach A4, więc czemu się dziwić? Zwłaszcza, gdy w środku było jeszcze naście podręczników. Tych niedawno zakupionych. I tym razem wręcz z delikatnością, niepewnością chwyciłem ją za ten zdrowy nadgarstek. Bowiem już wcześniej dostrzegłem, że tamten drugi jest zaczerwieniony. I to, oczywiście, z mojej własnej winy. Uważając, by nie zrobić jej krzywdy. Nie sprawić fizycznego bólu. Bo po twarzy i śladach łez poznałem, że tego psychicznego niestety nie udało mi się uniknąć. Znów płakała. Znów przeze mnie. Już nie raz dostałem od Nata po tym sparciałym łbie. Już nie raz Celestia mi mówiła, że Dara okropnie się o mnie martwi. Anvan powtarzał, że powinienem przystosować. A Alla dobitnie stwierdziła, że wszyscy wolą mnie raczej żywego, choć momentami bywam okropnie irytujący.
 — Dar... — zacząłem cicho, nie wiedząc, co powinienem powiedzieć. Pewnie już rzygać się jej chciało ciągłymi przeprosinami. — Jutro złożę wypowiedzenie. Może to sprawi, że przestaniesz przeze mnie płakać...
 Owszem, decyzja podjęta była nagle. Zupełnie nieprzemyślana. Ale... Ludzie robili o wiele bardziej szalone rzeczy z miłości, prawda? A jeśli dzięki temu mógł odjąć jej trosk, sprawić, by nie płakała- mógł poświęcić na to swoje własne szczęście. Dzisiaj nie miałem już siły wracać do remizy. Chociaż tyle powinna mi wybaczyć. 
 — Przyniosę ci ręcznik namoczony wodą. Wtedy oparzenie nie powinno tak boleć — odezwałem się jeszcze po chwili, nawet nie mając odwagi na spojrzenie w krwistoczerwone tęczówki.
Od razu ruszyłem do łazienki, czując, że po prostu powinienem wziąć prysznic. Długi, zimny prysznic. I czym prędzej iść spać. Zmęczenie jednak z godziny na godzinę, minuty na minutę stawało się coraz mocniejsze. Coraz bardziej wyczuwalne. Wstałem z samego rana, by ogarnąć pokój przed przyjazdem Dary. Uprzątnąć trochę moich rzeczy. Gdy byłem współlokatorem Nata, moja walizka leżała na środku pokoju prawie przez pół roku, więc teraz chciałem zrobić trochę lepsze wrażenie. Co raczej średnio się udało, gdy drzwi do łazienki postanowiły się zamknąć zaraz za mną i rąbnąć tym ozdobnym elementem prosto w bandaż na łopatce. Nie omieszkałem skwitować tego cichym przekleństwem, ale dzielnie wziąłem ten mały ręcznik, zanurzyłem go na moment pod chłodną wodą i, wciąż odrobinkę skrzywiony, wróciłem do dziewczyny, delikatnie otulając jej nadgarstek wilgotnym materiałem. Nie oczekiwałem od niej żadnego dziękuję, czy innego tego typu słowa. Wiedziałem, że gdyby coś stało się mi- ona dbałaby o mnie tak samo.

[ Daro? ] 

Od Dary c.d. Tobiasa

 Nigdy nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w tak dużym pokoju. Jednocześnie pełnym i pustym. Wszędzie istniało realne zagrożenie wywinięciem orła o bagaże, rozmaite pudła, pudełka czy torby podróżne. Przylot z Polski do szkoły był męczący nie ze względu na długą podróż samolotem, a taszczenie tego wszystkiego od lotniska do internatu. Gdzie zawsze były jakieś problemy z kwaterunkiem, a bo budynek stary, ciągle prowadzono w nim jakieś prace konserwacyjne, renowacyjne czy im podobne. Niestety młodzieży przybywało coraz więcej, z różnych zakątków świata, zaś miejsc mieliśmy tu mniej i mniej z każdym rokiem. O ile wierzyć słowom mojego przyszywanego braciszka, który uczył się tutaj od gimnazjum, kiedy placówka jeszcze raczkowała. Swoją drogą nagadał mi sporo głupot, jak na Nataniela i jego wyobraźnię przystało. Czasami dziwię się Tobiasowi, że w ogóle był w stanie polubić takiego urwipołcia, jak panicz Chimero. Przecież do niego trzeba naprawdę wiele cierpliwości. 
 Jednak wracając do pokoju i mojego współlokatora. Zostawił mnie samą już pierwszego dnia, zaraz po rozpoczęciu roku. Rzucił pudła, pakunki, tłumacząc się pilnym wezwaniem w Bóg-nawet-nie-wie-jakiej sprawie. Nawet nie został na późniejszych zajęciach. Nigdy mi się to nie podobało. Ten wieczny brak czasu dla kobiety, której przecież szalenie na nim zależało. Nie pamiętam, kiedy miał chociaż jeden w miarę spokojny dzień. Bez SMS-ów od reszty strażaków czy telefonów w sprawach, które nigdy nie cierpiały zwłoki, ale zwłoki wrócić z nich mogły. Już tak wiele razy prosiłam go, by przystopował, ale nigdy nie potrafił. To moje marzenie od dzieciaka, Dar- tak właśnie usprawiedliwiał fakt narażania własnego zdrowia na rzecz innych osób. Coraz częściej odnosiłam wrażenie, że moje zdanie w tej sprawie jest nic niewarte, wiecznie ignorowane. Przecież dziecięce fantazje są o wiele ważniejsze. Jakby nie mógł ograniczyć się do tych bezpieczniejszych akcji, jak na przykład usuwanie drzew z ulicy, gdy pogoda dawała o sobie znać w możliwie najgorszy ze sposobów. Już nie raz w ciągu tego półtora roku naszej znajomości zdarzało mi się płakać właśnie z jego powodu. Nataniel musiał mu o tym mówić, nawet jeśli próbowałam udawać wielce niewzruszoną, chowałam wszelkie opuchlizny i zaczerwienienia za maską perfekcyjnego makijażu.
 Miłość wie zawsze lepiej.
 Miłość rani.
 Miłość uszczęśliwia.
 Na moment, by potem znowu boleśnie ranić delikatne serce.
 Prawie upuściłam swój ukochany kubek, pełen jeszcze parującej herbaty. Dzisiaj było wyjątkowo zimno, a ja musiałam przez cały dzień paradować w szkolnym mundurku. Czarnym jak noc, w końcu należę do tej niechlubnej części uczniów. Sporo wagarowałam, nie dałam sobie wejść na głowę. I tak z aniołkowi ucięto skrzydełka, przynajmniej pozornie. Teraz tyle ode mnie nie wymagają, a Tobias został mi przydzielony na opiekuna. Przynajmniej mogę z nim spędzić odrobinkę więcej czasu.
 Ten sam Tobias, przez którego musiałam odskoczyć od drzwi, obok których była zawieszona półka na książki. Ciemny płyn skapnął mi na nadgarstek. Gorący jak jasna cholera. Chyba nawet nie zauważył, tylko wcisnął mi tę głupią czekoladę. Słodycze niczego nie wynagrodzą, zwłaszcza łez. Wodoodporny tusz czasami nie jest dobrym zabezpieczeniem przed nimi. Rozmazał mi się, kiedy powiadomiono mnie o tym, że ten kretyn znów trafił do szpitala. Nawet jeśli na chwilkę, to działało tak samo, jak długoterminowy pobyt. 
 ― Dzięki― wymruczałam, odwracając się doń plecami, żeby dotrzeć do stolika― nie musiałeś― dokończyłam, gdy już byłam na miejscu. 
 Potrafię kłamać. Jednak ukrywanie emocji nigdy nie było moim atutem.

︙T O B C I U ?︙

poniedziałek, 2 września 2019

Od Anastazji - do Bolinai

 Nie byłam do końca świadoma tego, jak późno się zrobiło. Ze słuchawkami na uszach grałam w najlepsze Korobeinki, próbując doskonalić się w tej jakże trudnej i skomplikowanej sztuce naciskania klawiszy na pianinie. Z pozoru było to dość nudne zajęcie, zwłaszcza dla osób, które lubują się w jakichś hip-hopach, czy innych disco polo. Ale muzyka klasyczna nie była dla każdego zwykłego Kowalskiego. Była, jest i będzie zarezerwowana dla osób wrażliwych. Potrafiących wyobrazić sobie, jaki wkład i jaką pracę musiał dać od siebie artysta, by wszystko zagrać bezbłędnie. Zwłaszcza, jeśli był swoistym pionierem w danej sztuce. Ja oczywiście jestem i będę tylko marnym naśladowcą. Krok po kroku doskonalącym swoje umiejętności gry, mającym słuch absolutny. Ale nawet osiągając maestrię- nie zostanę drugim Bachem, Szopenem czy Mozartem. Właściwie to też nigdy nie był mój cel. W grze na instrumencie klawiszowym mogłam się odprężyć. Zająć czymś myśli. I wychodziło mi to aż zbytnio skutecznie, o czym uświadomiła mnie pani woźna. Dokładnie w kluczowym momencie gry, oczywiście nie bezbłędnej, dotknęła mnie w ramię. No po prostu mną aż wzdrygnęło, naprawdę. Wiedziałam oczywiście, że starsza pani nie chciała źle. Wytłumaczyła mi, że słyszała grę na pianinie, a przecież szkołę za niedługo zamykają. Leciutko różowa z zawstydzenia posłusznie skinęłam jej głową, nawet się nie odwracając. Nie musiałam. Znałam to dziwne uczucie, gdy ktoś się mi przyglądał. Tak, jakby widok osoby na wózku był jakimś ewenementem na skalę światową. Może do szkoły nie chodzi zbyt wielu niepełnosprawnych, przyznam, no ale bez przesady. Nie chcąc dłużej tracić czasu- czym prędzej wyjechałam z sali muzycznej, zasuwając jeszcze za sobą drzwi. Na całe szczęście ta specyficzna klamka była mniej więcej na wysokości mojego ramienia, więc nie musiałam się jakoś specjalnie gimnastykować. Zaś z trzeciego piętra musiałam jakimś sposobem dostać się na parter. Dlatego też z kieszeni marynarki mundurka wyjęłam coś w stylu legitymacji, tyle że ze specjalnym kodem. To właśnie za jego pomocą można było otwierać drzwi windy przystosowanej do potrzeb osób nie do końca sprawnych. Szeroka na tyle, by spokojnie zmieścił się tutaj człowiek na wózku i ewentualny opiekun. Ja na całe szczęście straciłam jedynie czucie w nogach. Psychicznie wszystko ze mną okej. No... Raczej, tak mi się wydaje. Nikt się jeszcze na to nie skarżył. A szkoła... Szkoła sprawiała bardzo dobre pierwsze wrażenie. Nikt nie gapił się na mnie, jak na jakąś przytrzymaną. Nawet osoby z klasy wydawały się być serdeczne, co było dla mnie wręcz szokujące. Nie miałam porównania z Rosji, ale wiedziałam, że tam z całą pewnością by mnie nie zaakceptowano. Phi! Tamta szkoła nawet nie była do tego przystosowana, a co dopiero mówić o zaaklimatyzowaniu się z tamtymi fałszywymi lampucerami. 
---
Będąc już na (nie do końca ) prostej szkoła-internat zauważyłam dość znajomą postać. Jeśli można tak powiedzieć zaraz po pierwszym dniu w zupełnie nowym miejscu. Z nowymi ludźmi, znajomymi i nauczycielami. Ot, parę metrów dalej stał tamten blondyn z Chin. Be.. Ba... Bolinai, o! Nigdy nie miałam dobrej pamięci do imion, to akurat trzeba mi wybaczyć. Jak potrafiłam poznać po rysach twarzy osobę, z którą nie widziałam się nawet kilka lat, tak imiona po piętnastu minutach wylatywały z główki. Starość- nie radość. Pamięć już nie ta, i kości jakoś szybciej się męczą... No i zmarszczki wychodzą, o! Choć tego ostatniego jeszcze u siebie nie zaobserwowałam. Może oprócz tych przy zewnętrznych kącikach oczu, ale to raczej naturalne, gdy ciągle się tak marszczy i marszczy, nie mogąc dobrać odpowiednich okularów przeciwsłonecznych. A on... On chyba rozmawiał przez telefon. Nie chcąc mu zbytnio przeszkadzać- po prostu się do niego uśmiechnęłam i pomachałam. Ot, by nie musiał z mojego powodu przerywać rozmowy.

[ Nai? Pierwsze wrażenie, hy, hy~]

Od Tobiasa - do Dary

 To był ciężki dzień nie tylko ze względu na akcję. Nawiasem mówiąc, prawie straciłem tam rękę, ale Philip na całe szczęście zdążył mnie odepchnąć spod spadającego stropu. Tuż przy łopatkach został jedynie ślad po oparzeniu, przed którym nie zdołał mnie ochronić nawet mundur. Wizyta w szpitalu trwała niecałą godzinkę. Pani pielęgniarka szybko uwinęła się z oczyszczeniem zranionego miejsca, a od doktora dostałem dobrze mi znaną piankę. To nie pierwszy raz, kiedy dzieje się coś podczas pożaru. A tamten... Cóż, to był dość stary dom. Zapewne wcześniej bardzo ładnie urządzony, ale cały z drewna, które nie zostało porządnie zabezpieczone. Przyczyną najprawdopodobniej było podpalenie zasłony. Zupełnie nieświadomie, ktoś zostawił okulary na stole. A soczewka nagrzewana przez słońce potrafi zdziałać wiele, wiele złego. Jednak chyba najważniejszy był fakt, że wszyscy przeżyli. Tamta pięciolatka była troszkę oszołomiona dymem, ale zabrali ją do szpitala w tym samym momencie, co mnie. Rodzice oczywiście dziękowali nam za szybą reakcję, a ja w duchu dziękowałem im. Nic nie umiałem na sprawdzian z biologii, a jako ochotniczy strażak mogę się zwalniać z lekcji o dowolnej godzinie, jako dowód pokazując powiadomienie w aplikacji. 
 – Halo? – wymruczałem w telefon, jeszcze przy tym pocierając odrobinkę bolący bark.
Siedziałem już w samochodzie Marka. Mieszkał nieopodal internatu i z reguły brał mnie ze sobą, gdy byliśmy razem na akcji. O tym zapewne będzie głośno w mediach. Pożar wybuchł kilka minut od nielegalnego składu rozpuszczalników i im podobnych rzeczy. Gdyby ogień tam doszedł... Ofiar byłoby zdecydowanie więcej. Nie tylko przez toksyny w powietrzu, ale też porządny wybuch. Wszak są w nich łatwopalne związki chemiczne, które pod wpływem wysokiej temperatury po prostu biorą i robią jeb!
 – Noo... Za jakieś piętnaście minut będę. Mam ci kupić coś po drodze? – tym razem pytanie padło z mojej strony. 
Zawsze mogłem go poprosić, by wysadził mnie koło centrum. Nie dość, że mam tam sklepy pod ręką, to jeszcze autobusem na spokojnie dojadę do szkoły. A właściwie do internatu. Nie chciałem ciągnąć faceta sześć lat starszego ode mnie po sklepach. On akurat miał swoje życie. Żonę i drugie dziecko w drodze, a mnie traktował po prostu jak brata. Już kiedyś dał mi znać, że jeśli czegokolwiek bym potrzebował- mam się nie wahać i dać mu znać. Oczywiście o normalnej porze, żeby nie obudzić małego Damiena. Zaś słysząc jej odpowiedź jedynie uśmiechnąłem się pod noskiem, jeszcze z rozbawieniem kręcąc głową. "Okej"- na tyle się zdecydowałem jeszcze przed rozłączeniem. Niby nic nie chciała, ale od Nata wiedziałem, jak bardzo się stresuje z powodu zawodu, jaki sobie wybrałem jeszcze za dzieciaka. Tato, w przyszłości chcę zostać strażakiem!- pamiętam to jak dzisiaj. Mały, szczerbaty chłopczyk o chabrowych oczach z głową pełną marzeń już wtedy zdążył zadeklarować, czym będzie się zajmował za parę lat. Zaś Darze należy się jakaś duża czekolada za ten stres i zamartwianie się. Dlatego poprosiłem kumpla, by wysadził mnie po drodze przy galerii.
---
Poprawiłem jeszcze kurtkę, powoli wchodząc na piętro. Ba! Wręcz powłócząc nogami po schodach w końcu dotarłem na to nieszczęsne drugie piętro. Czemu nie wybrałem pokoju niżej? No tak, wtedy już nie miałbym tak fajnego współlokatora. Przeczesując włosy dłonią wszedłem jak do siebie, choć to raczej oczywiste. W końcu pokój jest wspólny, co nie? 
 – Wiem, wiem, Dar, to nie było tylko pięć minut, okej – zacząłem na wstępie, dość nieudolnie starając się naśladować to tylko pięć minut.
Głosu czarnowłosej piękności niestety nie dało się nijak powtórzyć. Był zdecydowanie jedyny w swoim rodzaju. Choć momentami uroczo się irytowała, zwłaszcza gdy ja albo jej przybrany braciszek zrobiliśmy coś nie tak.
 – Aaale mam tutaj Milkę z ciasteczkami w ramach zadośćuczynienia. Więc nie krzycz, bo jeszcze nie zaczęłaś – swój monolog zakończyłem lekkim uśmiechem i podaniem czekolady prosto w łapki wiolonczelistki. 

[ Daro? No patrz, jak ładnie prosi! ]