Miałam ochotę kolejny raz zaprotestować, powiedzieć, że przecież to jego życie, a nie moje. Tylko dlaczego słowa nie chciały przejść mi przez gardło? Utknęły gdzieś pomiędzy dobrymi intencjami, a własnym egoizmem. Chęcią zapewnienia ciemnowłosemu iście matczynej miłości, której zabrakło mu w najmniej odpowiednim momencie. Każdy potrzebuje obojga rodziców, a fakt, jaki zawód i drogę wybrał- zrzucała właśnie na brak jednego z tej tak ważnej dwójki. Tym właśnie tłumaczyłam wszystkie decyzje podejmowane przez Tobaisa, większość zachowań odbiegających od ogólnie przyjętej normy społecznej. Sama dobrze wiem, jak to jest żyć bez matki. Ze świadomością, że mogło być zupełnie inaczej, gdyby nie jeden, mały, ludzki błąd. Wybranie drogi wpływającej negatywnie na całą resztę.
Na otoczenie.
Na rodzinę.
Na mnie.
Egoistkę i samoluba, która nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że Artem jest przecież jedynie przyjacielem. Najlepszym, jakiego mogłam tylko zapragnąć. A jednak chciałam więcej i więcej, jakbym miała do tego pełne prawo. Nie przyjmowałam do wiadomości faktu, że mogę nie być w jego typie. Że marzenia dla innych stanowią motor do dalszego działania. Odłożyłam kubek obok czekolady, jedynie odprowadzając wzrokiem swojego towarzysza niedoli, w głowie mając jedynie jego słowa. Nie ten potok tłumaczenia się, nie propozycję pomocy, która i tak nie przyniesie żadnego rezultatu. Tylko wypowiedzenie umowy. Coś, czego szczerze pragnęłam, odkąd zrozumiałam, jak wiele dla mnie znaczy i jak bardzo boli mnie każda z jego ran, urazów poniesionych podczas licznych akcji sprzątania po pokazach ludzkiej głupoty.
Tylko dlaczego decyzja ta była dla mnie policzkiem? Powinnam skakać ze szczęścia, a zamiast tego poczułam się jedynie winna pokrzyżowania planów Tobiasa. Odebrania mu czegoś, co było dla niego priorytetem, jego tato tak wiele razy mi o tym opowiadał. O pasji swojego syna. I za każdym razem twarz pana Whitehorna, zapewne zupełnie tego nieświadomego, przybierała wyraz głębokiego zmartwienia. On również nie chciał stracić syna, nieważne co by nie mówił mi, Natanielowi, Tobiasowi czy całej reszcie. Dla rodzica największym ciosem byłoby pochowanie własnego dziecka.
— To nawet nie boli— mruczę pod nosem, jak zawsze bierna, gdy zaczynał się mną opiekować. Nigdy nie wszczynałam buntu, nie protestowałam, bo on zawsze chciał dobrze. To złoty chłopak, nawet jeśli miał swoje wady. I właśnie tego złotego chłopaka kocham na zabój. Prostolinijnego, a jednak szalenie inteligentnego, o ogromnym sercu. Chorym, przecież nieraz brał ukradkiem tabletki, myśląc, że nie widzę albo nie potrafię rozpoznać tego charakterystycznego koloru lekarstwa.—Poza tym rób, co chcesz. Jesteś dorosłym i wolnym facetem, nie mam prawa podejmować za ciebie decyzji.
Ostatnie słowa miały być zamknięciem tematu, który pewnie i tak by drążył. Z czego wynikła by kolejna kłótnia o nic. Spór bezsensowny, w końcu nawet nie jesteśmy parą. Nie miałam co o tym marzyć. Nikt nie zechciałby laski po białaczce, nosicielki kilku, jak nie kilkunastu wadliwych genów, którymi zapewne będą obciążone dzieci. Wysoka, naturalnie szczupła, przez większość czasu musiałam nosić okulary przeciwsłoneczne. Bielactwo mające swoje miejsce w oczach, ale i naturalnie niska odporność sprawiały, że większość, jak nie wszyscy mężczyźni mnie przekreślali już na starcie. Traktowali jako zabawkę na kilka godzin po imprezie, a ja do pewnego momentu uważałam to za zaletę.
W gwoli ścisłości do momentu, gdy Tobias wpakował się z butami do mojego życia. Przyjęłam go z otwartymi ramionami, nawet jeśli brat mi tego odradzał. Tak wiele razy ostrzegał, że będę przezeń płakać.
︙T O B C I U ?︙