środa, 4 września 2019

Od Dary c.d. Tobiasa

 Nigdy nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w tak dużym pokoju. Jednocześnie pełnym i pustym. Wszędzie istniało realne zagrożenie wywinięciem orła o bagaże, rozmaite pudła, pudełka czy torby podróżne. Przylot z Polski do szkoły był męczący nie ze względu na długą podróż samolotem, a taszczenie tego wszystkiego od lotniska do internatu. Gdzie zawsze były jakieś problemy z kwaterunkiem, a bo budynek stary, ciągle prowadzono w nim jakieś prace konserwacyjne, renowacyjne czy im podobne. Niestety młodzieży przybywało coraz więcej, z różnych zakątków świata, zaś miejsc mieliśmy tu mniej i mniej z każdym rokiem. O ile wierzyć słowom mojego przyszywanego braciszka, który uczył się tutaj od gimnazjum, kiedy placówka jeszcze raczkowała. Swoją drogą nagadał mi sporo głupot, jak na Nataniela i jego wyobraźnię przystało. Czasami dziwię się Tobiasowi, że w ogóle był w stanie polubić takiego urwipołcia, jak panicz Chimero. Przecież do niego trzeba naprawdę wiele cierpliwości. 
 Jednak wracając do pokoju i mojego współlokatora. Zostawił mnie samą już pierwszego dnia, zaraz po rozpoczęciu roku. Rzucił pudła, pakunki, tłumacząc się pilnym wezwaniem w Bóg-nawet-nie-wie-jakiej sprawie. Nawet nie został na późniejszych zajęciach. Nigdy mi się to nie podobało. Ten wieczny brak czasu dla kobiety, której przecież szalenie na nim zależało. Nie pamiętam, kiedy miał chociaż jeden w miarę spokojny dzień. Bez SMS-ów od reszty strażaków czy telefonów w sprawach, które nigdy nie cierpiały zwłoki, ale zwłoki wrócić z nich mogły. Już tak wiele razy prosiłam go, by przystopował, ale nigdy nie potrafił. To moje marzenie od dzieciaka, Dar- tak właśnie usprawiedliwiał fakt narażania własnego zdrowia na rzecz innych osób. Coraz częściej odnosiłam wrażenie, że moje zdanie w tej sprawie jest nic niewarte, wiecznie ignorowane. Przecież dziecięce fantazje są o wiele ważniejsze. Jakby nie mógł ograniczyć się do tych bezpieczniejszych akcji, jak na przykład usuwanie drzew z ulicy, gdy pogoda dawała o sobie znać w możliwie najgorszy ze sposobów. Już nie raz w ciągu tego półtora roku naszej znajomości zdarzało mi się płakać właśnie z jego powodu. Nataniel musiał mu o tym mówić, nawet jeśli próbowałam udawać wielce niewzruszoną, chowałam wszelkie opuchlizny i zaczerwienienia za maską perfekcyjnego makijażu.
 Miłość wie zawsze lepiej.
 Miłość rani.
 Miłość uszczęśliwia.
 Na moment, by potem znowu boleśnie ranić delikatne serce.
 Prawie upuściłam swój ukochany kubek, pełen jeszcze parującej herbaty. Dzisiaj było wyjątkowo zimno, a ja musiałam przez cały dzień paradować w szkolnym mundurku. Czarnym jak noc, w końcu należę do tej niechlubnej części uczniów. Sporo wagarowałam, nie dałam sobie wejść na głowę. I tak z aniołkowi ucięto skrzydełka, przynajmniej pozornie. Teraz tyle ode mnie nie wymagają, a Tobias został mi przydzielony na opiekuna. Przynajmniej mogę z nim spędzić odrobinkę więcej czasu.
 Ten sam Tobias, przez którego musiałam odskoczyć od drzwi, obok których była zawieszona półka na książki. Ciemny płyn skapnął mi na nadgarstek. Gorący jak jasna cholera. Chyba nawet nie zauważył, tylko wcisnął mi tę głupią czekoladę. Słodycze niczego nie wynagrodzą, zwłaszcza łez. Wodoodporny tusz czasami nie jest dobrym zabezpieczeniem przed nimi. Rozmazał mi się, kiedy powiadomiono mnie o tym, że ten kretyn znów trafił do szpitala. Nawet jeśli na chwilkę, to działało tak samo, jak długoterminowy pobyt. 
 ― Dzięki― wymruczałam, odwracając się doń plecami, żeby dotrzeć do stolika― nie musiałeś― dokończyłam, gdy już byłam na miejscu. 
 Potrafię kłamać. Jednak ukrywanie emocji nigdy nie było moim atutem.

︙T O B C I U ?︙

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz