poniedziałek, 2 września 2019

Od Anastazji - do Bolinai

 Nie byłam do końca świadoma tego, jak późno się zrobiło. Ze słuchawkami na uszach grałam w najlepsze Korobeinki, próbując doskonalić się w tej jakże trudnej i skomplikowanej sztuce naciskania klawiszy na pianinie. Z pozoru było to dość nudne zajęcie, zwłaszcza dla osób, które lubują się w jakichś hip-hopach, czy innych disco polo. Ale muzyka klasyczna nie była dla każdego zwykłego Kowalskiego. Była, jest i będzie zarezerwowana dla osób wrażliwych. Potrafiących wyobrazić sobie, jaki wkład i jaką pracę musiał dać od siebie artysta, by wszystko zagrać bezbłędnie. Zwłaszcza, jeśli był swoistym pionierem w danej sztuce. Ja oczywiście jestem i będę tylko marnym naśladowcą. Krok po kroku doskonalącym swoje umiejętności gry, mającym słuch absolutny. Ale nawet osiągając maestrię- nie zostanę drugim Bachem, Szopenem czy Mozartem. Właściwie to też nigdy nie był mój cel. W grze na instrumencie klawiszowym mogłam się odprężyć. Zająć czymś myśli. I wychodziło mi to aż zbytnio skutecznie, o czym uświadomiła mnie pani woźna. Dokładnie w kluczowym momencie gry, oczywiście nie bezbłędnej, dotknęła mnie w ramię. No po prostu mną aż wzdrygnęło, naprawdę. Wiedziałam oczywiście, że starsza pani nie chciała źle. Wytłumaczyła mi, że słyszała grę na pianinie, a przecież szkołę za niedługo zamykają. Leciutko różowa z zawstydzenia posłusznie skinęłam jej głową, nawet się nie odwracając. Nie musiałam. Znałam to dziwne uczucie, gdy ktoś się mi przyglądał. Tak, jakby widok osoby na wózku był jakimś ewenementem na skalę światową. Może do szkoły nie chodzi zbyt wielu niepełnosprawnych, przyznam, no ale bez przesady. Nie chcąc dłużej tracić czasu- czym prędzej wyjechałam z sali muzycznej, zasuwając jeszcze za sobą drzwi. Na całe szczęście ta specyficzna klamka była mniej więcej na wysokości mojego ramienia, więc nie musiałam się jakoś specjalnie gimnastykować. Zaś z trzeciego piętra musiałam jakimś sposobem dostać się na parter. Dlatego też z kieszeni marynarki mundurka wyjęłam coś w stylu legitymacji, tyle że ze specjalnym kodem. To właśnie za jego pomocą można było otwierać drzwi windy przystosowanej do potrzeb osób nie do końca sprawnych. Szeroka na tyle, by spokojnie zmieścił się tutaj człowiek na wózku i ewentualny opiekun. Ja na całe szczęście straciłam jedynie czucie w nogach. Psychicznie wszystko ze mną okej. No... Raczej, tak mi się wydaje. Nikt się jeszcze na to nie skarżył. A szkoła... Szkoła sprawiała bardzo dobre pierwsze wrażenie. Nikt nie gapił się na mnie, jak na jakąś przytrzymaną. Nawet osoby z klasy wydawały się być serdeczne, co było dla mnie wręcz szokujące. Nie miałam porównania z Rosji, ale wiedziałam, że tam z całą pewnością by mnie nie zaakceptowano. Phi! Tamta szkoła nawet nie była do tego przystosowana, a co dopiero mówić o zaaklimatyzowaniu się z tamtymi fałszywymi lampucerami. 
---
Będąc już na (nie do końca ) prostej szkoła-internat zauważyłam dość znajomą postać. Jeśli można tak powiedzieć zaraz po pierwszym dniu w zupełnie nowym miejscu. Z nowymi ludźmi, znajomymi i nauczycielami. Ot, parę metrów dalej stał tamten blondyn z Chin. Be.. Ba... Bolinai, o! Nigdy nie miałam dobrej pamięci do imion, to akurat trzeba mi wybaczyć. Jak potrafiłam poznać po rysach twarzy osobę, z którą nie widziałam się nawet kilka lat, tak imiona po piętnastu minutach wylatywały z główki. Starość- nie radość. Pamięć już nie ta, i kości jakoś szybciej się męczą... No i zmarszczki wychodzą, o! Choć tego ostatniego jeszcze u siebie nie zaobserwowałam. Może oprócz tych przy zewnętrznych kącikach oczu, ale to raczej naturalne, gdy ciągle się tak marszczy i marszczy, nie mogąc dobrać odpowiednich okularów przeciwsłonecznych. A on... On chyba rozmawiał przez telefon. Nie chcąc mu zbytnio przeszkadzać- po prostu się do niego uśmiechnęłam i pomachałam. Ot, by nie musiał z mojego powodu przerywać rozmowy.

[ Nai? Pierwsze wrażenie, hy, hy~]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz