sobota, 7 września 2019

Od Dary c.d. Tobiasa

 Miałam ochotę kolejny raz zaprotestować, powiedzieć, że przecież to jego życie, a nie moje. Tylko dlaczego słowa nie chciały przejść mi przez gardło? Utknęły gdzieś pomiędzy dobrymi intencjami, a własnym egoizmem. Chęcią zapewnienia ciemnowłosemu iście matczynej miłości, której zabrakło mu w najmniej odpowiednim momencie. Każdy potrzebuje obojga rodziców, a fakt, jaki zawód i drogę wybrał- zrzucała właśnie na brak jednego z tej tak ważnej dwójki. Tym właśnie tłumaczyłam wszystkie decyzje podejmowane przez Tobaisa, większość zachowań odbiegających od ogólnie przyjętej normy społecznej. Sama dobrze wiem, jak to jest żyć bez matki. Ze świadomością, że mogło być zupełnie inaczej, gdyby nie jeden, mały, ludzki błąd. Wybranie drogi wpływającej negatywnie na całą resztę.
 Na otoczenie.
 Na rodzinę.
 Na mnie.
 Egoistkę i samoluba, która nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że Artem jest przecież jedynie przyjacielem. Najlepszym, jakiego mogłam tylko zapragnąć. A jednak chciałam więcej i więcej, jakbym miała do tego pełne prawo. Nie przyjmowałam do wiadomości faktu, że mogę nie być w jego typie. Że marzenia dla innych stanowią motor do dalszego działania. Odłożyłam kubek obok czekolady, jedynie odprowadzając wzrokiem swojego towarzysza niedoli, w głowie mając jedynie jego słowa. Nie ten potok tłumaczenia się, nie propozycję pomocy, która i tak nie przyniesie żadnego rezultatu. Tylko wypowiedzenie umowy. Coś, czego szczerze pragnęłam, odkąd zrozumiałam, jak wiele dla mnie znaczy i jak bardzo boli mnie każda z jego ran, urazów poniesionych podczas licznych akcji sprzątania po pokazach ludzkiej głupoty.
 Tylko dlaczego decyzja ta była dla mnie policzkiem? Powinnam skakać ze szczęścia, a zamiast tego poczułam się jedynie winna pokrzyżowania planów Tobiasa. Odebrania mu czegoś, co było dla niego priorytetem, jego tato tak wiele razy mi o tym opowiadał. O pasji swojego syna. I za każdym razem twarz pana Whitehorna, zapewne zupełnie tego nieświadomego, przybierała wyraz głębokiego zmartwienia. On również nie chciał stracić syna, nieważne co by nie mówił mi, Natanielowi, Tobiasowi czy całej reszcie. Dla rodzica największym ciosem byłoby pochowanie własnego dziecka.
 — To nawet nie boli— mruczę pod nosem, jak zawsze bierna, gdy zaczynał się mną opiekować. Nigdy nie wszczynałam buntu, nie protestowałam, bo on zawsze chciał dobrze. To złoty chłopak, nawet jeśli miał swoje wady. I właśnie tego złotego chłopaka kocham na zabój. Prostolinijnego, a jednak szalenie inteligentnego, o ogromnym sercu. Chorym, przecież nieraz brał ukradkiem tabletki, myśląc, że nie widzę albo nie potrafię rozpoznać tego charakterystycznego koloru lekarstwa.—Poza tym rób, co chcesz. Jesteś dorosłym i wolnym facetem, nie mam prawa podejmować za ciebie decyzji.
 Ostatnie słowa miały być zamknięciem tematu, który pewnie i tak by drążył. Z czego wynikła by kolejna kłótnia o nic. Spór bezsensowny, w końcu nawet nie jesteśmy parą. Nie miałam co o tym marzyć. Nikt nie zechciałby laski po białaczce, nosicielki kilku, jak nie kilkunastu wadliwych genów, którymi zapewne będą obciążone dzieci. Wysoka, naturalnie szczupła, przez większość czasu musiałam nosić okulary przeciwsłoneczne. Bielactwo mające swoje miejsce w oczach, ale i naturalnie niska odporność sprawiały, że większość, jak nie wszyscy mężczyźni mnie przekreślali już na starcie. Traktowali jako zabawkę na kilka godzin po imprezie, a ja do pewnego momentu uważałam to za zaletę.
 W gwoli ścisłości do momentu, gdy Tobias wpakował się z butami do mojego życia. Przyjęłam go z otwartymi ramionami, nawet jeśli brat mi tego odradzał. Tak wiele razy ostrzegał, że będę przezeń płakać.

︙T O B C I U ?︙

środa, 4 września 2019

Od Bolinaia - cd. Anastazji

To nie tak, że przystosowanie do życia w innym kraju jest trudne. Zupełna kwestia przywiązania do miejsca, w którym się urodziło. Sytuacja wygląda tak, że każdy przeżywa wszystko inaczej. Każdy miał w życiu inną sytuację, która sprawiła, że jest taki a nie inny. U jednych można próbować coś zmienić, pomóc, cokolwiek. U innych zrobić się nic nie da.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że ludzi można tolerować, ale niekoniecznie akceptować. Że każdy z nas w pewnym momencie stanie w sytuacji, w której będzie musiał rozmawiać z osobą, której zwyczajnie nie trawi. Jednak czy zasada ta aplikuje się do wszystkich osób? Wychowałem się w rodzinie, która ogromną wagę przykłada do jakiejkolwiek rodzaju szacunku. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia osoby, która do każdego pała nienawiścią. Empatia jest cechą, którą nie każdy posiada. Jest czymś cennym, czymś czego coraz częściej brakuje.
Dlatego widząc brązowe, kręcone włosy i delikatne oczy, dające na myśl wręcz niewinną sarenkę, po prostu nie potrafiłem nie przerwać rozmowy. 
Wiem, że nie każdy potrafi akceptować osoby, które nie są takie jak on. Nie mogę jednak powiedzieć, że wiem jak to jest być w jej sytuacji. Ludzie powinni zastanowić się, czy bycie niepełnosprawnym jest czymś, przez co innych powinno się odrzucać. Takie osoby również żyją tak jak my. Mają takie same problemy, kochające rodziny i przyjaciół. Na świecie dzieją się gorsze rzeczy niż to. Nie lepiej przejmować się tym, że ktoś miał wypadek? Lub że właśnie prawie popełnił samobójstwo? Albo ma ważny sprawdzian? 
Każdy z nas ma różne rozterki. To one tworzą nas tym kim jesteśmy. Nie mamy obowiązku zmieniać się tylko dlatego, że przypadkowej osobie z ulicy coś nie pasuje. Każdy zasługuje na taki sam szacunek, jakiego wymaga od innych.
Nie wahałem się, żeby podejść. Chociaż się przywitać. Uprzejmość jeszcze nikomu nie zaszkodziła. 
Spokojnym krokiem podszedłem do dziewczyny, kłaniając jej się nisko na przywitanie. Nawyk wyniesiony z rodzinnego domu. Uniosłem delikatnie kąciki ust, możliwe że nie do końca widocznie.
- Witaj Anastazjo - mruknąłem do niej, prostując swoją postawę.
Rozejrzałem się ukradkiem po okolicy, próbując oszacować skąd dziewczyna właśnie wraca. Nie trudno było się domyślić. Właściwie to ogarnęła mnie pewnego rodzaju euforia, wiedząc że mam kogoś znajomego na zajęciach muzycznych.
Właściwie nie zwróciłem wcześniej uwagi, czy dziewczyna znajduje się w budynku.
W Chinach dość długo moim głównym instrumentem był guqin. To coś w rodzaju poprzecznej gitary. Obaj, wujek i Zhenlan wiele razy namawiali go do wypróbowania innego instrumentu, tłumacząc się tym, że nie warto grać tylko na jednym. Bzdura. Poza Azją jednak, instrument nie jest właściwie znany. Pewnie rzadko która osoba miała z nim styczność. Zostało mi więc wybrać coś zupełnie innego. No, a flet poprzeczny świecił do mnie z listy dostępnych instrumentów. Tak właśnie trafiłem na profil muzyczny, jak i dodatkowe zajęcia o tej tematyce.
- Panienka chętna na spacerek do pokoju?

[Ana? to moje pierwsze opowiadanie od 2 lat xD]

Od Tobiasa - Cd. Dary

Naprawdę sądziła, że nie zauważę? Że jestem na tyle ślepy? Może przez te dwa lata mieszkałem z Natanielem w pokoju. Może znam się z nią tylko rok. Ale tyle w zupełności wystarczyło, by dowiedzieć się tak wiele o drugiej osobie. Dobrze ją poznać. Ba, nawet się zaprzyjaźnić! Ale coraz częściej odnosiłem wrażenie, że między nami się zaczyna sypać. Dlatego nigdy nie miałem odwagi, by skusić się na wyznanie jej uczuć. W jakikolwiek, może nawet i najbardziej idiotyczny sposób. Bałem się, że takie coś zupełnie przekreśli całą naszą relację. Przekreśli i pogrąży, a ja znów zostanę sam ze załamanym sercem. Jak wtedy, gdy zobaczyłem Ankę obściskującą się na korytarzu z kapitanem szkolnej drużyny futbolowej. Miałem świadomość, że Dara nie jest taka. Że nawet, jeśli chciałaby, aby między nami wszystko się skończyło- porozmawiałaby ze mną jak człowiek z człowiekiem, a nie przyprawiała rogi w najlepsze. Dlatego bez zbędnych słów pozwoliłem, by torba po prostu zsunęła się z mojego ramienia, z hukiem upadając na podłogę. Gustowałem w twardych zeszytach A4, więc czemu się dziwić? Zwłaszcza, gdy w środku było jeszcze naście podręczników. Tych niedawno zakupionych. I tym razem wręcz z delikatnością, niepewnością chwyciłem ją za ten zdrowy nadgarstek. Bowiem już wcześniej dostrzegłem, że tamten drugi jest zaczerwieniony. I to, oczywiście, z mojej własnej winy. Uważając, by nie zrobić jej krzywdy. Nie sprawić fizycznego bólu. Bo po twarzy i śladach łez poznałem, że tego psychicznego niestety nie udało mi się uniknąć. Znów płakała. Znów przeze mnie. Już nie raz dostałem od Nata po tym sparciałym łbie. Już nie raz Celestia mi mówiła, że Dara okropnie się o mnie martwi. Anvan powtarzał, że powinienem przystosować. A Alla dobitnie stwierdziła, że wszyscy wolą mnie raczej żywego, choć momentami bywam okropnie irytujący.
 — Dar... — zacząłem cicho, nie wiedząc, co powinienem powiedzieć. Pewnie już rzygać się jej chciało ciągłymi przeprosinami. — Jutro złożę wypowiedzenie. Może to sprawi, że przestaniesz przeze mnie płakać...
 Owszem, decyzja podjęta była nagle. Zupełnie nieprzemyślana. Ale... Ludzie robili o wiele bardziej szalone rzeczy z miłości, prawda? A jeśli dzięki temu mógł odjąć jej trosk, sprawić, by nie płakała- mógł poświęcić na to swoje własne szczęście. Dzisiaj nie miałem już siły wracać do remizy. Chociaż tyle powinna mi wybaczyć. 
 — Przyniosę ci ręcznik namoczony wodą. Wtedy oparzenie nie powinno tak boleć — odezwałem się jeszcze po chwili, nawet nie mając odwagi na spojrzenie w krwistoczerwone tęczówki.
Od razu ruszyłem do łazienki, czując, że po prostu powinienem wziąć prysznic. Długi, zimny prysznic. I czym prędzej iść spać. Zmęczenie jednak z godziny na godzinę, minuty na minutę stawało się coraz mocniejsze. Coraz bardziej wyczuwalne. Wstałem z samego rana, by ogarnąć pokój przed przyjazdem Dary. Uprzątnąć trochę moich rzeczy. Gdy byłem współlokatorem Nata, moja walizka leżała na środku pokoju prawie przez pół roku, więc teraz chciałem zrobić trochę lepsze wrażenie. Co raczej średnio się udało, gdy drzwi do łazienki postanowiły się zamknąć zaraz za mną i rąbnąć tym ozdobnym elementem prosto w bandaż na łopatce. Nie omieszkałem skwitować tego cichym przekleństwem, ale dzielnie wziąłem ten mały ręcznik, zanurzyłem go na moment pod chłodną wodą i, wciąż odrobinkę skrzywiony, wróciłem do dziewczyny, delikatnie otulając jej nadgarstek wilgotnym materiałem. Nie oczekiwałem od niej żadnego dziękuję, czy innego tego typu słowa. Wiedziałem, że gdyby coś stało się mi- ona dbałaby o mnie tak samo.

[ Daro? ] 

Od Dary c.d. Tobiasa

 Nigdy nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w tak dużym pokoju. Jednocześnie pełnym i pustym. Wszędzie istniało realne zagrożenie wywinięciem orła o bagaże, rozmaite pudła, pudełka czy torby podróżne. Przylot z Polski do szkoły był męczący nie ze względu na długą podróż samolotem, a taszczenie tego wszystkiego od lotniska do internatu. Gdzie zawsze były jakieś problemy z kwaterunkiem, a bo budynek stary, ciągle prowadzono w nim jakieś prace konserwacyjne, renowacyjne czy im podobne. Niestety młodzieży przybywało coraz więcej, z różnych zakątków świata, zaś miejsc mieliśmy tu mniej i mniej z każdym rokiem. O ile wierzyć słowom mojego przyszywanego braciszka, który uczył się tutaj od gimnazjum, kiedy placówka jeszcze raczkowała. Swoją drogą nagadał mi sporo głupot, jak na Nataniela i jego wyobraźnię przystało. Czasami dziwię się Tobiasowi, że w ogóle był w stanie polubić takiego urwipołcia, jak panicz Chimero. Przecież do niego trzeba naprawdę wiele cierpliwości. 
 Jednak wracając do pokoju i mojego współlokatora. Zostawił mnie samą już pierwszego dnia, zaraz po rozpoczęciu roku. Rzucił pudła, pakunki, tłumacząc się pilnym wezwaniem w Bóg-nawet-nie-wie-jakiej sprawie. Nawet nie został na późniejszych zajęciach. Nigdy mi się to nie podobało. Ten wieczny brak czasu dla kobiety, której przecież szalenie na nim zależało. Nie pamiętam, kiedy miał chociaż jeden w miarę spokojny dzień. Bez SMS-ów od reszty strażaków czy telefonów w sprawach, które nigdy nie cierpiały zwłoki, ale zwłoki wrócić z nich mogły. Już tak wiele razy prosiłam go, by przystopował, ale nigdy nie potrafił. To moje marzenie od dzieciaka, Dar- tak właśnie usprawiedliwiał fakt narażania własnego zdrowia na rzecz innych osób. Coraz częściej odnosiłam wrażenie, że moje zdanie w tej sprawie jest nic niewarte, wiecznie ignorowane. Przecież dziecięce fantazje są o wiele ważniejsze. Jakby nie mógł ograniczyć się do tych bezpieczniejszych akcji, jak na przykład usuwanie drzew z ulicy, gdy pogoda dawała o sobie znać w możliwie najgorszy ze sposobów. Już nie raz w ciągu tego półtora roku naszej znajomości zdarzało mi się płakać właśnie z jego powodu. Nataniel musiał mu o tym mówić, nawet jeśli próbowałam udawać wielce niewzruszoną, chowałam wszelkie opuchlizny i zaczerwienienia za maską perfekcyjnego makijażu.
 Miłość wie zawsze lepiej.
 Miłość rani.
 Miłość uszczęśliwia.
 Na moment, by potem znowu boleśnie ranić delikatne serce.
 Prawie upuściłam swój ukochany kubek, pełen jeszcze parującej herbaty. Dzisiaj było wyjątkowo zimno, a ja musiałam przez cały dzień paradować w szkolnym mundurku. Czarnym jak noc, w końcu należę do tej niechlubnej części uczniów. Sporo wagarowałam, nie dałam sobie wejść na głowę. I tak z aniołkowi ucięto skrzydełka, przynajmniej pozornie. Teraz tyle ode mnie nie wymagają, a Tobias został mi przydzielony na opiekuna. Przynajmniej mogę z nim spędzić odrobinkę więcej czasu.
 Ten sam Tobias, przez którego musiałam odskoczyć od drzwi, obok których była zawieszona półka na książki. Ciemny płyn skapnął mi na nadgarstek. Gorący jak jasna cholera. Chyba nawet nie zauważył, tylko wcisnął mi tę głupią czekoladę. Słodycze niczego nie wynagrodzą, zwłaszcza łez. Wodoodporny tusz czasami nie jest dobrym zabezpieczeniem przed nimi. Rozmazał mi się, kiedy powiadomiono mnie o tym, że ten kretyn znów trafił do szpitala. Nawet jeśli na chwilkę, to działało tak samo, jak długoterminowy pobyt. 
 ― Dzięki― wymruczałam, odwracając się doń plecami, żeby dotrzeć do stolika― nie musiałeś― dokończyłam, gdy już byłam na miejscu. 
 Potrafię kłamać. Jednak ukrywanie emocji nigdy nie było moim atutem.

︙T O B C I U ?︙

poniedziałek, 2 września 2019

Od Anastazji - do Bolinai

 Nie byłam do końca świadoma tego, jak późno się zrobiło. Ze słuchawkami na uszach grałam w najlepsze Korobeinki, próbując doskonalić się w tej jakże trudnej i skomplikowanej sztuce naciskania klawiszy na pianinie. Z pozoru było to dość nudne zajęcie, zwłaszcza dla osób, które lubują się w jakichś hip-hopach, czy innych disco polo. Ale muzyka klasyczna nie była dla każdego zwykłego Kowalskiego. Była, jest i będzie zarezerwowana dla osób wrażliwych. Potrafiących wyobrazić sobie, jaki wkład i jaką pracę musiał dać od siebie artysta, by wszystko zagrać bezbłędnie. Zwłaszcza, jeśli był swoistym pionierem w danej sztuce. Ja oczywiście jestem i będę tylko marnym naśladowcą. Krok po kroku doskonalącym swoje umiejętności gry, mającym słuch absolutny. Ale nawet osiągając maestrię- nie zostanę drugim Bachem, Szopenem czy Mozartem. Właściwie to też nigdy nie był mój cel. W grze na instrumencie klawiszowym mogłam się odprężyć. Zająć czymś myśli. I wychodziło mi to aż zbytnio skutecznie, o czym uświadomiła mnie pani woźna. Dokładnie w kluczowym momencie gry, oczywiście nie bezbłędnej, dotknęła mnie w ramię. No po prostu mną aż wzdrygnęło, naprawdę. Wiedziałam oczywiście, że starsza pani nie chciała źle. Wytłumaczyła mi, że słyszała grę na pianinie, a przecież szkołę za niedługo zamykają. Leciutko różowa z zawstydzenia posłusznie skinęłam jej głową, nawet się nie odwracając. Nie musiałam. Znałam to dziwne uczucie, gdy ktoś się mi przyglądał. Tak, jakby widok osoby na wózku był jakimś ewenementem na skalę światową. Może do szkoły nie chodzi zbyt wielu niepełnosprawnych, przyznam, no ale bez przesady. Nie chcąc dłużej tracić czasu- czym prędzej wyjechałam z sali muzycznej, zasuwając jeszcze za sobą drzwi. Na całe szczęście ta specyficzna klamka była mniej więcej na wysokości mojego ramienia, więc nie musiałam się jakoś specjalnie gimnastykować. Zaś z trzeciego piętra musiałam jakimś sposobem dostać się na parter. Dlatego też z kieszeni marynarki mundurka wyjęłam coś w stylu legitymacji, tyle że ze specjalnym kodem. To właśnie za jego pomocą można było otwierać drzwi windy przystosowanej do potrzeb osób nie do końca sprawnych. Szeroka na tyle, by spokojnie zmieścił się tutaj człowiek na wózku i ewentualny opiekun. Ja na całe szczęście straciłam jedynie czucie w nogach. Psychicznie wszystko ze mną okej. No... Raczej, tak mi się wydaje. Nikt się jeszcze na to nie skarżył. A szkoła... Szkoła sprawiała bardzo dobre pierwsze wrażenie. Nikt nie gapił się na mnie, jak na jakąś przytrzymaną. Nawet osoby z klasy wydawały się być serdeczne, co było dla mnie wręcz szokujące. Nie miałam porównania z Rosji, ale wiedziałam, że tam z całą pewnością by mnie nie zaakceptowano. Phi! Tamta szkoła nawet nie była do tego przystosowana, a co dopiero mówić o zaaklimatyzowaniu się z tamtymi fałszywymi lampucerami. 
---
Będąc już na (nie do końca ) prostej szkoła-internat zauważyłam dość znajomą postać. Jeśli można tak powiedzieć zaraz po pierwszym dniu w zupełnie nowym miejscu. Z nowymi ludźmi, znajomymi i nauczycielami. Ot, parę metrów dalej stał tamten blondyn z Chin. Be.. Ba... Bolinai, o! Nigdy nie miałam dobrej pamięci do imion, to akurat trzeba mi wybaczyć. Jak potrafiłam poznać po rysach twarzy osobę, z którą nie widziałam się nawet kilka lat, tak imiona po piętnastu minutach wylatywały z główki. Starość- nie radość. Pamięć już nie ta, i kości jakoś szybciej się męczą... No i zmarszczki wychodzą, o! Choć tego ostatniego jeszcze u siebie nie zaobserwowałam. Może oprócz tych przy zewnętrznych kącikach oczu, ale to raczej naturalne, gdy ciągle się tak marszczy i marszczy, nie mogąc dobrać odpowiednich okularów przeciwsłonecznych. A on... On chyba rozmawiał przez telefon. Nie chcąc mu zbytnio przeszkadzać- po prostu się do niego uśmiechnęłam i pomachałam. Ot, by nie musiał z mojego powodu przerywać rozmowy.

[ Nai? Pierwsze wrażenie, hy, hy~]

Od Tobiasa - do Dary

 To był ciężki dzień nie tylko ze względu na akcję. Nawiasem mówiąc, prawie straciłem tam rękę, ale Philip na całe szczęście zdążył mnie odepchnąć spod spadającego stropu. Tuż przy łopatkach został jedynie ślad po oparzeniu, przed którym nie zdołał mnie ochronić nawet mundur. Wizyta w szpitalu trwała niecałą godzinkę. Pani pielęgniarka szybko uwinęła się z oczyszczeniem zranionego miejsca, a od doktora dostałem dobrze mi znaną piankę. To nie pierwszy raz, kiedy dzieje się coś podczas pożaru. A tamten... Cóż, to był dość stary dom. Zapewne wcześniej bardzo ładnie urządzony, ale cały z drewna, które nie zostało porządnie zabezpieczone. Przyczyną najprawdopodobniej było podpalenie zasłony. Zupełnie nieświadomie, ktoś zostawił okulary na stole. A soczewka nagrzewana przez słońce potrafi zdziałać wiele, wiele złego. Jednak chyba najważniejszy był fakt, że wszyscy przeżyli. Tamta pięciolatka była troszkę oszołomiona dymem, ale zabrali ją do szpitala w tym samym momencie, co mnie. Rodzice oczywiście dziękowali nam za szybą reakcję, a ja w duchu dziękowałem im. Nic nie umiałem na sprawdzian z biologii, a jako ochotniczy strażak mogę się zwalniać z lekcji o dowolnej godzinie, jako dowód pokazując powiadomienie w aplikacji. 
 – Halo? – wymruczałem w telefon, jeszcze przy tym pocierając odrobinkę bolący bark.
Siedziałem już w samochodzie Marka. Mieszkał nieopodal internatu i z reguły brał mnie ze sobą, gdy byliśmy razem na akcji. O tym zapewne będzie głośno w mediach. Pożar wybuchł kilka minut od nielegalnego składu rozpuszczalników i im podobnych rzeczy. Gdyby ogień tam doszedł... Ofiar byłoby zdecydowanie więcej. Nie tylko przez toksyny w powietrzu, ale też porządny wybuch. Wszak są w nich łatwopalne związki chemiczne, które pod wpływem wysokiej temperatury po prostu biorą i robią jeb!
 – Noo... Za jakieś piętnaście minut będę. Mam ci kupić coś po drodze? – tym razem pytanie padło z mojej strony. 
Zawsze mogłem go poprosić, by wysadził mnie koło centrum. Nie dość, że mam tam sklepy pod ręką, to jeszcze autobusem na spokojnie dojadę do szkoły. A właściwie do internatu. Nie chciałem ciągnąć faceta sześć lat starszego ode mnie po sklepach. On akurat miał swoje życie. Żonę i drugie dziecko w drodze, a mnie traktował po prostu jak brata. Już kiedyś dał mi znać, że jeśli czegokolwiek bym potrzebował- mam się nie wahać i dać mu znać. Oczywiście o normalnej porze, żeby nie obudzić małego Damiena. Zaś słysząc jej odpowiedź jedynie uśmiechnąłem się pod noskiem, jeszcze z rozbawieniem kręcąc głową. "Okej"- na tyle się zdecydowałem jeszcze przed rozłączeniem. Niby nic nie chciała, ale od Nata wiedziałem, jak bardzo się stresuje z powodu zawodu, jaki sobie wybrałem jeszcze za dzieciaka. Tato, w przyszłości chcę zostać strażakiem!- pamiętam to jak dzisiaj. Mały, szczerbaty chłopczyk o chabrowych oczach z głową pełną marzeń już wtedy zdążył zadeklarować, czym będzie się zajmował za parę lat. Zaś Darze należy się jakaś duża czekolada za ten stres i zamartwianie się. Dlatego poprosiłem kumpla, by wysadził mnie po drodze przy galerii.
---
Poprawiłem jeszcze kurtkę, powoli wchodząc na piętro. Ba! Wręcz powłócząc nogami po schodach w końcu dotarłem na to nieszczęsne drugie piętro. Czemu nie wybrałem pokoju niżej? No tak, wtedy już nie miałbym tak fajnego współlokatora. Przeczesując włosy dłonią wszedłem jak do siebie, choć to raczej oczywiste. W końcu pokój jest wspólny, co nie? 
 – Wiem, wiem, Dar, to nie było tylko pięć minut, okej – zacząłem na wstępie, dość nieudolnie starając się naśladować to tylko pięć minut.
Głosu czarnowłosej piękności niestety nie dało się nijak powtórzyć. Był zdecydowanie jedyny w swoim rodzaju. Choć momentami uroczo się irytowała, zwłaszcza gdy ja albo jej przybrany braciszek zrobiliśmy coś nie tak.
 – Aaale mam tutaj Milkę z ciasteczkami w ramach zadośćuczynienia. Więc nie krzycz, bo jeszcze nie zaczęłaś – swój monolog zakończyłem lekkim uśmiechem i podaniem czekolady prosto w łapki wiolonczelistki. 

[ Daro? No patrz, jak ładnie prosi! ]

piątek, 30 sierpnia 2019

Każdy z nas posiada dwie twarze [...]

Pierwsza z nich zarezerwowana jest dla tłumu. Tworzy obraz chodzącego ideału. Prywatnie zastępuje ją druga- pokazująca prawdziwą naturę człowieka.



Dara Allaina von Detremante
PANIENKA FĄFEREFĄFE

13.01.2001 - 18 LAT - POLKA - DIABEŁ - IIIB - POKÓJ 073 - WOLONTARIUSZ - MUZYK - HETERO - ZAWODOWY SINGIEL - KIRISHE

Lubię muzykę - rzekła powoli - ponieważ gdy... gdy jej słucham, zatracam się w sobie, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Jestem wówczas jednocześnie pełna i pusta, czuję jak ziemia drży i wypiętrza się pod moimi stopami. Kiedy zaś sama zaczynam grać... Cóż, wreszcie tworzę, a nie niszczę.
Sarah J. Maas – Szklany tron

 Muzyka jest najlepszym ze wstępów do opowiedzenia o panience von Detremante. Stanowi ona podstawę osoby, ale i pokazuje, jak wielką moc potrafią mieć dźwięki wszelkiego rodzaju. W rodzinie Dary umiejętność gry na wiolonczeli była przekazywana z pokolenia na pokolenie, po stronie kobiecej. Budowano w ten sposób wrażliwość, której do tej pory nie potrafiła się wyzbyć. Coś doprawdy uciążliwego, zwłaszcza gdy wokół wszyscy słuchają rapu albo innych form kaleczenia piękna, których ona sama nie zamierza tolerować. Nawet jeśli nauczyciele mają jej za złe odmawiania udziału w wydarzeniach muzycznych opartych o te zbrodnie przeciwko dobremu gustowi.
 Bycie upartą w jakiejkolwiek kwestii należy do najbardziej charakterystycznych i widocznych na pierwszy rzut oka cech młodej kobiety. To i wiele innych odziedziczyła po świętej pamięci babci Laurze, która siedemnaście lat wcześniej podjęła się wyzwania wychowania Allainy. Swoją drogą nigdy nie pasował jej dobór imion wnuczki, w jej mniemaniu był zbyt ekstrawagancki. Postać tej wyniosłej damy o enigmatycznej, choć dziwnie pięknej urodzie na zawsze pozostanie w pamięci dziewczyny. Nie tylko przez to, jak odrealniona się wydawała, ale i przez śpiew, który dzień w dzień rozbrzmiewał wśród murów poniemieckiego, wiejskiego domku gdzieś pod Wrocławiem. To dzięki niemu nawet najgorsze chwile zdawały się przemijać, znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, coraz bardziej rozkochując Darę w tej konkretnej formie sztuki, połączonej z surowym dźwiękiem starej jak świat wiolonczeli. Wielkiej, przy której nawet tato zdawał się kurczyć. Przynosiło to ukojenie dla zszarganych nerwów, będąc darmowym lekarstwem na całe zło tego świata. Lekarstwem, ale i sposobem na życie.
 Talent czarnowłosej został odkryty już w szkole podstawowej, pozwalając na dalszy rozwój. Już nie w domowym zaciszu, a na scenie. Wśród świateł reflektorów, oklasków zgromadzonych widzów czuła i nadal czuje się tak, jakby odnalazła swoje miejsce. Zaskakująco swobodna, charyzmatyczna wiolonczelistka zachwyca ludzi delikatnym głosem. Tym, jak łatwo przychodzi jej solowy występ, ale też prowadzenie konwersacji z o wiele starszymi od siebie osobami, bowiem głównie takie raczą ją swoją obecnością w amfiteatrach, filharmoniach czy innych przybytkach, w których dane jest jej występować w pojedynkę lub jako część grupy. Publicznie uchodzi za niezwykle przyjazną, otwartą na nowe znajomości panienkę, znającą podstawy dobrego wychowania, te liczne maniery przy stole. Jednak czego innego można by się spodziewać po osobie, która wyrosła na urodziwą panienkę? Bajecznie wysoką, o długich i szczupłych nogach godnych modelki. Tato niejednokrotnie porównywał ją do babci, ale i matki, której bagatela nigdy nie miała okazji poznać.
 Masz jej oczy- w ten sposób podkreślał najbardziej charakterystyczną cechę, jaką zapisano w genach von Detremante. Miejscowy albinizm, który umiejscowił się w tęczówkach, sprawiając, że przybierały krwistoczerwoną barwę. Paradoksalnie ciemną, poziomem odcienia porównywalną do tego najczęściej spotykanego brązu. Łącząc to z głęboką, naturalną czernią włosów, alabastrową skórą- można porównać ją do stereotypowego wampira z amerykańskich filmów dla nastolatków. Uwielbia podkreślać ten nietypowy atut swojego wyglądu długimi sukniami w ciemnych barwach, niejednokrotnie ozdobionymi czarną koronką. Trumienną, jak to określał jej przyszywany brat. Pasują do bankietów, koncertów, ale i szkolnych bali. Zazwyczaj jednak można spotkać ją kręcącą się po internacie w mundurku, ewentualnie jakichś luźnych ciuchach. Jest zdecydowanie typem wygodnickiej osoby. Nie cierpi, kiedy coś ją uwiera, gniecie, drapie czy po ściągnięciu ubrań czuje dyskomfort. Właśnie to było głównym powodem do porzucenia staników. Zakłada je jedynie w ostateczności, gdy sytuacja oraz kreacja tego wymagają.
 Dopiero w chwilach weekendowych powrotów do domu wychodzi jej prawdziwa natura czy upodobania. Zrzuca z siebie maskę grzecznej, idealnej dziewczynki, wzorowej uczennicy czy artystki, stając się kimś zupełnie innym. Wręcz kompletnym przeciwieństwem. Na próżno szukać u niej chociażby oznak uległości, do czego trzeba się po prostu przyzwyczaić. Nie tylko oczy odziedziczyła po świętej pamięci babci Laurze. Mocna psychika wraz z naturą buntowniczki tworzą mieszankę będącą magnesem na kłopoty, o czym świadczy chociażby sporej wielkości blizna na brzuchu. Pamiątka z dzieciństwa. Pamięta to tak, jakby było wczoraj. Zimowy, mroźny poranek, kiedy postanowiła z jakiegoś powodu zrobić na złość tacie. To chyba było tuż po śmierci babci, gdy przechodziła przez okropny okres w dziecięcym życiu. poszła z kolegami do lasu, na górkę, by pozjeżdżać na workach i dętce od traktora. Skończyło się płaczem, rozlewem krwi i paniką, zaraz po tym, jak zsunęła się ze śliskiego materiału na ostre kamienie, schowane pod cienką warstwą śniegu. Jednak nawet tak traumatyczne przeżycie nie było w stanie stępić charakteru ciemnowłosej. Pociągu do poznawania świata. Smakowania nieznanego. Dominacji. Ale i tej szalonej pewności siebie, której nieodłącznym towarzyszem została szczerość godna małego dziecka. Czując się swobodnie w towarzystwie może być wręcz bezczelna, wypowiadając swoje myśli na głos. Zaś w związku można spodziewać się po niej dosłownie wszystkiego. Nigdy nie wiadomo, co strzeli dziewczynie do głowy.
 Jednak jeśli ktoś będzie w stanie wytrzymać z tą prawdziwą Darą- zyska przyjaciółkę wierną i wdzięczną bardziej, niż niejeden adoptowany kundelek. Von Detremante jaka by nie była, potrafi zaryzykować własnym zdrowiem dla dobra drugiej osoby. Znanej i przez nią cenionej, warto to podkreślić. 
CLGTART 22.08.2019 - Tenebris [DG] - Korra10 [HW] - Tenebris#3897 - moonwilczycaksiezyca@gmail.com

Homo sum;

HUMANI NIHIL A ME ALIENUM PUTO.


~CELESTIA AURA D'RAE~
18 lat – Hagavik, Norwegia – Anioł – III C – Pokój 142 – Hetero – Głos
„Człowiekiem jestem i nic co ludzkie, nie jest mi obce”... Słowa, które każdy rozumie według swojego własnego widzimisię. Nie ma tu klucza odpowiedzi. Każda interpretacja jest dobra. Dla niektórych może być to pretekst do próbowania rzeczy zabronionych. W końcu łamanie prawa także jest rzeczą ludzką, czyż nie? Dla innych zaś pokazanie tego, że szczęście jest ludzką potrzebą i przywilejem. Ja znów jestem w tej grupie, której nie jest obcy smutek. Śmierć. Choroby. Typowo człowiecze odczucia, z którymi dane nam jest niestety borykać się na co dzień. Na wstępie jednak zaznaczam, że nie mam depresji i nie jestem psychicznie chora. Raczej. Bo hemofilia i albinizm to choroby ciała, a nie umysłu. Jak każdemu, tak i mnie zdarzają się te gorsze i lepsze chwile. Widziałam wiele. Przeżyłam wiele. Dobrego i złego. Ale po co mam opowiadać o tym obcym ludziom? Jeśli moja skromna persona zaciekawi drugiego człowieka- ten nie omieszka się zapytać. Wszak kto pyta, nie błądzi. A to, czy dostanie odpowiedź... Kto wie, kto wie? Lubię być owiana łuną tajemnicy. Opinia tej cichej, spokojnej dziewczyny bardzo mi w tym pomaga. Zawsze siedząca w tylnej ławce, po stronie okna lub jak najbliżej drzwi– nie poddałam się większości panów w mundurowej, od dwóch lat zawsze mając pasek na koniec roku. Co prawda ciężko łączy się pracę w kawiarni z nauką, szkołą i znalezieniem czasu na sen lub zbilansowany posiłek, ale... Mieszkanie samej w internacie, czy na weekendy we własnym mieszkaniu w sąsiednim mieście sprawia, że nikt nie ma nade mną kontroli. Tato siedzący od ośmiu lat w norweskim więzieniu wysyła mi jedynie listy raz na dwa tygodnie. Mimo upływu tak długiego czasu wciąż nie mogę zrozumieć, jak bardzo kierowała w nim żądza zemsty. Pokusił się o morderstwo, zupełnie nie bacząc na konsekwencje. Że takim czynem zostawia dziesięcioletnią córeczkę zdaną na łaskę i niełaskę losu. Nie mógł wybaczyć tamtym dwóm facetom, którzy którejś letniej nocy napadli mamę. Napadli, brutalnie zgwałcili i pozwolili jej się wykrwawić. W dniu pogrzebu Aury miałam pięć lat. Nie rozumiałam zbyt wiele, po raz pierwszy mając bezpośrednio do czynienia ze śmiercią. Tato udawał silnego. Nie płakał przy mnie. Starał się zapewnić bezpieczeństwo i normalne dzieciństwo mimo braku tej kobiecej ręki. Nawet powstrzymał się przed powrotem do Francji, choć u babci Margaret bywaliśmy co roku na wakacje i w ferie. No... Dopóki nie zamknęli go w więzieniu. Wtedy, w teorii pozostawiona bez opieki, zostałam oddana w ręce dorosłego kuzyna, mieszkającego niemalże na drugim końcu świata. Mieszkał w White Eagle, w wysokim apartamentowcu. Wielki i poważny pan prawnik, który w domu bywał raz na parę dni. To wtedy nauczyłam się samodzielności. Z odszkodowaniem po mamie znalazłam własne mieszkanie, wyprowadzając się od Georga w wieku szesnastu lat. Chyba nawet nie zauważył mojej nieobecności, nasz znikomy kontakt całkowicie wyparował. Dzięki właśnie odszkodowaniu mam pieniądze na czynsz. Na normalne życie. Ale nie mogłam spocząć na laurach. Stąd decyzja o pracy. Trzy dni w tygodniu, plus jeden w weekend. Po dwie do ośmiu godzin. Szefowa jest bardzo ugodowa, zawsze dostosowuje się do szkoły, do moich zajęć i obowiązkowych obozów czy wycieczek. Samoobrona przydaje się, gdy wracam z kawiarni do domu lub internatu. A zajęcia teatralne... Cóż, to po prostu pasja. Wiem, że z hemofilią nie znajdę pracy w policji, ale może chociaż sprawdzę się jako aktorka? Może i mam tylko niecały metr sześćdziesiąt pięć, ale jednak naturalnie białe, falowane włosy, sięgające aż po pośladki, alabastrowa cera z piegami i fiołkowe oczy nie są czymś popularnym. Zresztą tak, jak tatuaż między piersiami, który zafundowałam sobie na osiemnaste urodziny. Lara specjalnie dla mnie otworzyła salon w tym dniu. Mieli przerwę świąteczną od dwudziestego grudnia, a akuratnie dwa dni później oficjalnie zostałam dorosłą w większości krajów.
Ale cóż więcej mogę rzec? Nakreśliłam poniekąd własną historię. Troszkę wyglądu, jakby ktoś nie potrafił dostrzec tego na pierwszy rzut oka. Ale charakter..? Poznanie go pozostawiam w Twoich rękach, śmiałku.

KONTAKT: Howrse – SF – Eldarya 
ART: DEVIANTART, 25.08.2019

Prawdziwa miłość podobna jest do pierścienia...

A pierścień nie ma ani początku, ani końca.

Deviantart | 22.08.2019
ANASTAZJA TAMARA ROMANOW | ANA, ROMA || ROSJANKA || 14.07.2002 || ANIOŁ || II B || POKÓJ 001 || GŁOS

Rosja, wbrew pozorom, jest zaskakująco pięknym krajem. Trzeba po prostu sięgnąć głębiej. Zobaczyć więcej. Poczuć to miejsce w sobie, wszystkimi zmysłami. Przez siedem lat mieszkałam w bajkowej stolicy Rosji. Rodzice wynajmowali mieszkanie, z którego balkonu było doskonale widać Kreml i Plac Czerwony. A jakie były tam Sylwestra! Doprawdy najlepszym momentem na odwiedzenie tego kraju jest zima. Te nasze są ciężkie i mroźne. Ale to właśnie wtedy można zobaczyć cały urok tego pozornie zamkniętego kraju, otoczonego blokowiskami i pijanymi ludźmi. Później tato dostał pracę w Petersburgu. I tam właśnie mieszkałam aż do zeszłego roku, pomagając mamie już nie w mieszkaniu, a w domu. Piętrowym z ogromnym ogrodem. Tata naprawdę bardzo się postarał, byśmy obydwie były zadowolone. Może i nasza "rezydencja" nie była zbyt wielka, ale czy dla trójki ludzi potrzeba wiele? Oczywiście, mama chciała kolejne dziecko. Zresztą nie tylko ona. Ale po moich narodzinach coś się pokićkało w maminym organizmie i nie chciał współpracować z chęciami i staraniami rodziców. A wszystkiego dopiął tamten cholerny wypadek...
 Pamiętam, jakby to wydarzyło się wczoraj. Była już Wigilia Bożego Narodzenia. Świąteczny poranek. Uprzedzając pytania- jesteśmy katoliczkami. Może i w Rosji większość to prawosławie, ale zdarzają się takie wyjątki jak my. Jednak wracając – tego dnia nie sypał śnieg. A biały puch, który już pokrywał ziemię iskrzył się w promieniach słońca. Robiłam z mamą ciastka. Miała nas odwiedzić babcia Ludmiła i dziadek Oleg, więc chciała, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. To po niej zostałam taką perfekcjonistką we wszystkim, co robię. Zabrakło jej mąki. Mąki i mleka. A jako, że nie miała prawa jazdy- poprosiła tatę o podjechanie do sklepu. Tato wziął mnie ze sobą, bo on nie wiedział co, które i o co w ogóle Róża go prosiła. Jakże mogłabym mu odmówić? Ubrana w płaszcz, wysokie buty i wszelkie wełniane dodatki wsiadłam z nim do samochodu. Po wyjechaniu na zaskakująco ruchliwą ulicę... Cóż... Wszystko się zmieniło. Świąt nie spędziłam w domowym zaciszu. Bynajmniej. Nie mogłam tam wrócić przez kilka tygodni. Ale tak czy siak byłam w lepszej sytuacji, niż tata, który po wypadku nigdy więcej się tam nie pokazał. Tylko ten jeden, jedyny raz, gdy wynosili z salonu jego trumnę. To była dla nas ogromna tragedia. Wręcz cios w serce. Przez wiele miesięcy nie widziałam uśmiechu na ustach mamy, która kochała Borysa całym sercem. Na pogrzebie udawała silną. Starała się nie pokazywać łez. Ale ja widziałam. Widziałam i wiedziałam, jakie uczucia nią targają. Zarówno tamto wydarzenie, jak i fakt, że dziewczyna na wózku nie mogła się zbytnio spełniać w szkole muzycznej, niestety nieprzystosowanej do niepełnosprawności sprawiły, że przeprowadziłyśmy się do Ameryki. Mieszkamy tutaj już drugi miesiąc, a ja powoli przyzwyczajam się do zupełnie innej kultury i nieco zmienionego klimatu. Na całe szczęście uraz kręgosłupa uniemożliwił mi poruszanie jedynie nogami. Dlatego właśnie wylądowałam na wózku, wciąż mogąc ruszać rękoma. W tym trudnym okresie moją opoką okazało się być pianino. Od maleńkiej lubiłam na nim grać. Obserwowałam i wsłuchiwałam się w to, jak robiła to moja mama. No i jakoś tak wyszło, że odziedziczyłam talent po niej. 
  Co było najbardziej zaskakujące po wypadku? Choćby to, jak diametralnie zmieniła się moja osobowość. W Rosji została ta cicha, grzeczna i zupełnie niepewna siebie dziewczyna. Całkiem sprawna, rozwijająca pasję pobocznie, w szkole muzycznej. Zaś w Ameryce narodziłam się na nowo, jeśli tak mogłabym to ująć. Nikt mnie tu nie zna. Nikt niczego o mnie nie wie. Zaczynam z czystą kartą, którą mogę na nowo zapełnić wspomnieniami, drobnymi wybrykami i serdecznymi ludźmi, których z pewnością dane będzie mi tutaj spotkać. Schudnięcie z sześćdziesięciu pięciu to pięćdziesięciu pięciu kilogramów także dodało mi pewności siebie. Początkowo, jeżdżąc na wózku, byłam dość pulchna. Nie potrafiłam znaleźć dla siebie żadnych ćwiczeń, ale internet jak zwykle nie zawiódł. Mimo to, wciąż jestem dość wysoka. Wszak metr siedemdziesiąt pięć na pół to wciąż całkiem sporo, prawda? To po mamie odziedziczyłam wyraźny, błękitny kolor oczu. Fakturę i kolor włosów. W świetle, na brązowych lokach widać te nieco jaśniejsze pasma, momentami podchodzącymi pod kasztan. Piegi na nosie i policzkach tylko dopełniają ten typowy, rosyjski wygląd. Zwłaszcza zimą, gdy jeszcze w dodatku jego czubek jest zaczerwieniony. 
  Aby móc kontynuować swoją pasję- wybrałam właśnie klasę muzyczną. Na całe szczęście szkoła jest dostosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych, podobnie jak internat. Mama oczywiście wybrała dom nigdzie indziej, jak w St. Petersburgu, dlatego musiałam skorzystać z lokum, które oferuje szkoła. Ale w niczym mi to nie przeszkadza. Przynajmniej jeszcze bardziej się usamodzielnię, prawda? A chcąc rozwinąć się jeszcze bardziej, w dodatku wbrałam pierwsze, dodatkowe czwartkowe zajęcia i te trzecie w piątki. To troszkę głupie, przyznaję, ale mam po prostu nadzieję na to, że poznam tam ludzi, którzy zaakceptują mnie taką, jaka jestem. Niedoskonała, choć perfekcjonistka. Życzliwa, choć odrobinkę nieufna. Ambitna, ale zarazem wiedząca, na ile mogę sobie pozwolić. I co najważniejsze- jeżdżąca na wózku, ale z dystansem do siebie. I, a nuż, może uda mi się też tam poznać jakiegoś księcia z bajki..? 
Kontakt: HowrseSF Eldarya 

czwartek, 29 sierpnia 2019

“If the face says nothing...

...listen to the heartbeat.”

Źródło
Bolinai Lan
⬾17 lat ⊹ Nai ⊹ Homoseksualny ⊹ Chiny ⊹ Anioł ⊹ IIB ⊹ 144⥇


 ⊹Wolna Muzyka 
 ⊹Zajęcia Teatralne


Bolinai nie posiada jakiejkolwiek pokaźnej rodzinki, którą mógłby się pochwalić na imprezach. Nie ma matki, która wspierałaby go w trudnych momentach i dopingowała w tych lepszych. Nie posiada ojca, który prawiłby mu kazania na temat dobra i zła. Ma za to wymagającego wujka, który zastępuje mu dwie pierwsze osoby. Qiueng Lan znany jest w Chinach za swoją niesamowitą dyscyplinę wobec własnej rodziny i wychowanków. Jako jeden z dyrektorów w starej szkole Naia potrafił wymyślać najróżniejsze kary za złamanie zasad. Bolinai ma również starszego brata - Zhelana, znanego gównie z zupełnie przeciwnego charakteru do tego swojego młodszego brata. Oczywiście chłopak rodziców miał, nie wziął się znikąd. Obaj rodzice zginęli w wypadku lotniczym. Lan Zemin - ojciec i Song Xieren - matka.


Chłopak mierzy sobie całe metr osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu przy wadze sześćdziesięciu siedmiu kilo. Blada skóra, przyzywająca na myśl chłód, naturalnie włosy czarne jak smoła, co kilka tygodni rozjaśniane na nowo, by tylko pogłębić jego zimną aurę. Nie posiada żadnych tatuaży, kolczyków czy innych młodzieżowych wymysłów. Raczej ucieka od tego z pewnym dystansem, zbytnio nie ufając osobą które takowe rzeczy posiadają. Gdy spojrzy się na niego po raz pierwszy wydaje się jakby stała przed tobą skóra i kości, jednak jeśli się przyjrzysz zauważysz kilka większych mięśni na ramionach. Są to efekty jednej z kar jego wujka. 
Chłopak zwykle ubiera luźne, ale odpowiednio szykowne ubrania, by godnie reprezentować swoje pochodzenie. Co jego zdaniem jest niepotrzebnym zabiegiem, jednak wolałby nie sprzeciwiać się staruszkowi, który z domu w Chinach potrafi obserwować każdy jego krok.


Gdyby postawić obok niego manekina z pustym wyrazem twarzy, możliwe że niczym by się nie różnili. Prawda jest taka, że chłopak nauczony jest chować własne emocje gdzieś głęboko w sobie i na siłę próbować o nich zapominać. Może się wydawać że jest jak sopel lodu, którego największą siłą nie można zerwać z dachu budynku. 
Owszem, na początkach znajomości raczej będzie podchodził do wszystkiego z rezerwą. Prawdopodobne jest też, że nie będzie cię lubił i chciał jak najszybciej uciec w ciemny kąt swojego pokoju tak, żebyś nigdy nie był w stanie pokazać mu się na oczy. Rada, po prostu na niego naciskaj. Im dłużej spędzi z tobą czasu, tym bardziej zacznie ufać i się otwierać. Wtedy zobaczysz, że pod tą maską obojętności znajduje się chłopak z najróżniejszymi wadami i zaletami. Mówią, że jego uśmiech może poprawić nawet najgorszy humor, a życzliwość roztopić każde serce. 
Jego wychowanie wywarło na nim ogromny wpływ, co da się szybko zauważyć. Bolinai jest zwyczajnie przerażony pokazaniem komukolwiek tego co leży gdzieś głęboko w jego sercu. Ciągle pojawiająca się przed oczami twarz jego wuja zwyczajnie odpycha go od jakichkolwiek czynów.
Oczywiście, nastolatek znany jest z niezwykłej uczciwości, hojności i dobroci. Pierwszy ustąpi miejsca w autobusie, pierwszy uratuje szczeniaczka na ulicy. Karci każdego, kto jest niemiły dla jakiejkolwiek kobiety. Nie ukrywa faktu, że jest feministą i walczy o równe prawa. Nie rozpęta bójki o byle co, zawsze musi mieć twardy powód i znajdować się w ostatecznej sytuacji. 
Młody Lan jest jednak niezwykle wybuchowy, kiedy emocje wezmą nad nim górę. Butelkowanie w sobie rozmaitych poruszeń jak związków chemicznych nie jest niczym dobrym. Można by pytać i pytać co zrobiłby w danej sytuacji, jednak trudno jest to określić. Jego czyny to cecha zmienna, zależna od humoru z jakim rano wstanie. Jednak niezależnie od tego, zawsze można go spotkać tam, gdzie dzieją się jakieś przewinienia. Od razu biegnie do nauczycieli opowiedzieć całą sytuację, przez co w szkole jest dość kontrowersyjną postacią. Oczywiście, nauczyciele go za to lubią. Do tego strasznie potrafi się im podlizywać, żeby tylko wyjść na dobre.
Co do uczniów, jedni podziwiają go za względny stoicyzm i opanowanie w różnych sytuacjach, a drudzy wręcz pragną nabić jego głowę na pal i najlepiej powiesić nad kominkiem, bo kiedyś padli ofiarą jego skarg i reprymend. 
Oczywiście chłopak nie postrzega siebie, za kogoś komu należy się szacunek w takim samym stopniu jak nauczycielom. Raczej stroni od wywyższania się i porównywania innych z ziemią. Stara się dogodzić każdemu najlepiej jak potrafi, by każdy inny wyszedł w takim samym stopniu dobrze jak i źle. Nigdy nie zwala winy na jedną osobę, a częściej bierze ją na siebie, czy rozprowadza na każdego po równo. Sprawiedliwość to podkreślone słowo w jego słowniku.

Cóż, jeśli chodzi o umiejętności to nie ma ich zbyt wielu. Posiada niesamowitą siłę i stabilność w rękach, przez co świetnie sprawuje się w ćwiczeniach siłowych na wfie, jednak nie darzy tego przedmiotu zbytnią sympatią. Odnajduje się bardziej w sprawach przedsiębiorczych czy historycznych. Interesuje się literaturą, dość często można go zauważyć z książką w dłoni. Może da się zaliczyć jego dobrą pamięć do tej kategorii? Oh, potrafi również pisać obiema dłońmi, ponieważ urodził się leworęczny, ale chiński system nauczania zabrania pisania lewą ręką.


⊹ Chorobliwie boi się lasów. Już na sam widok paraliżuje go strach.
⊹ Leworęczny, jednak używa prawej dłoni do pisania.
⊹ Stroni od jakichkolwiek kontaktów romantycznych i seksualnych, z powodu rygorystycznego wychowania, co jednak nie znaczy że nigdy w życiu się nie zakochał czy też nie widział żadnego filmu dla dorosłych.
⊹ Biegły w języku chińskim, angielskim i tajskim.



Yoongi #7158 [D}, Teezaya[DG], ~Ouija[HW], cri.carrcia.cullen@gmail.com

niedziela, 25 sierpnia 2019

Piękno kocha cień, bo w cieniu rodzi się pokusa.

TUMBLR [20.08.18]

Tobias Artem Whitehorn || Urodzony 4 stycznia, 18 lat || Mężczyzna || The Greatest Show

  Była wtedy zamieć. Oj, okropna zamieć. Tato zawsze wspominał tą zimę, jako jedną z najbardziej srogich w jego życiu. Gdy Bóg i Szatan walczyli o życie i śmierć. I obydwoje wygrali. Na świat przyszło jedno, maleńkie istnienie. Kosztem tego, którego tak bardzo brakowało w życiu obydwu mężczyzn. Po tym, jak organizm mamy, od lat trawiony przez nowotwór nie wytrzymał porodu- odeszła, zostawiając mnie i tatę samych. Czasem mam to za złe lekarzom. Lekarzom, jej i tacie. Powinna była kontynuować chemioterapię. Sprawiać uśmiech na ustach, wtedy dwudziestodwuletniego, Jeffrey'a. Tata do tej pory nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ukochanej Tamary. Czasem odprowadzam go pijanego do łóżka. Ale zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. Na palcach jednej ręki potrafię policzyć takie odpały taty. Poza tym... Poza tym jest przecież bardzo dobrym facetem i ojcem. Wychowywał mnie sam, z całych sił starając się to zrobić najlepiej, jak potrafił. Czasem zabierał mnie ze sobą na uczelnię, bo przecież był i do tej pory jest wykładowcą. Panie z dziekanatu zapewne do tej pory pamiętają tamtego podlotka, który podlewał im kwiaty i nauczył się czytać własnie dzięki tamtym kobietom. Nie potrafiły zastąpić mi matki, prawda. Ale nigdy nie miałem tego za złe tacie. Nie chciałem, żeby zmuszał się do miłości tylko dlatego, by zapewnić mi normalny dom. Choć na prośbę mamy tato przeprowadził się do niej, do Rosji- po śmierci zamieszkaliśmy z powrotem w Kanadzie. W rodzinnym Hamiltonie. Od dziecka pielęgnował we mnie szacunek do płci pięknej. Uczył poprawnych manier. Brał mnie ze sobą na campingi w środku lasu. Naprawdę doskonale spisał się w roli ojca, jednocześnie musząc być także moją matką. W ten sposób właśnie jakimś dziwnym trafem wychował sobie pod dachem strażaka. Oddałem tej pasji całe serce, początkowo w remizie jedynie czyszcząc samochody i garaże. Dzisiaj już nie dam rady zliczyć, na ilu akcjach byłem. Jak wiele pożarów i tragedii widziałem. Jak wielu żyć nie udało mi się uratować. Każda taka jedna odcina się w psychice strażaka. Nawiedza go we śnie. Dręczy biedne sumienie. Robiłem co mogłem!- powtarzam sobie wtedy. Pamiętam ten jeden wyjazd. Na autostradę. Pijany kierowca wjechał w bok jakiejś osobówki, wbiła się przez to w barierkę. Ale nie to było najgorsze. Chyba na zawsze przed oczami będę miał widok matki, która próbuje doczepić głowę swojej córeczki do jej ciała. To... To wywołało we mnie traumę. Do tej pory zdarza mi się budzić w środku nocy z krzykiem, niestety budząc przy tym współlokatora. Albo tatę. Zależy od dnia i miesiąca. Bacząc na to, jaką profesją się zajmuję- wspólnie z tatą podjęliśmy decyzję o tym, by zapisać mnie do klasy mundurowej. Do szkoły z internatem, oczywiście. Wszak Hamilton w Kanadzie, a White Eagle w USA to jednak kawałek drogi. Paręnaście godzin samochodem. Pełnię rolę przykładnego aniołka, który chyba nie do końca się w owej roli sprawdza. Ale kto to musi wiedzieć? Panie przecież podobno lubią złych chłopców, co nie? Choć raczej po Ance wolę wpierw poznać swoją przyszłą ewentualną ukochaną. Właśnie dlatego od jakiegoś czasu nie daję spokoju pewnej ciemnowłosej dziewczynie z muzycznej. Czy ma coś przeciwko? Cóż... Nie mnie to oceniać. Ale do tej pory jeszcze nie dostałem po pięknej buźce, więc chyba jest okej. A właśnie, zaczynając temat buźki... Każdy ma swój gust. Niektórym nie podobają się te drobne piegi na nosie i policzkach. Inni twierdzą, że blizna na ustach dodaje mi drapieżnego wyglądu, cokolwiek to znaczy. Ta druga, na brwi, z reguły jest zasłonięta przez brązowe kłaczki, które niestety żyją swoim własnym życiem, mi zupełnie nieposłuszne. Są bardziej uparte, niż Dara, naprawdę! A siniaki nie są czymś, czym warto się przejmować. Albo wpadki na WF-ie, albo znów dostało się przez plecy jakąś rurką, czy inną płonącą deską. Choć ze względu na wadę serca lekarze bardzo odradzają mi strażacką fuchę- przecież nie spędzę życia przed komputerem, albo za kierownicą tira. W końcu na coś trzeba umrzeć, nie? Hehe... Też tak myślę, a na dowód... Cóż, nawet ten grzeczny, idealny aniołek-mały-duży-piromanta lubi sobie zapalić. A czemu mały-duży? Niecałe metr dziewięćdziesiąt jeden wzrostu to chyba całkiem sporo, jak na osiemnastolatka, nie? Co jeszcze przemawia za tym, że powinienem być diabełkiem? Jazda na motorze. Przynajmniej zdaniem niektórych. Tatuaż na całych plecach i dodatkowo rękaw na prawej ręce. W gimnazjum miałem nawet kolczyki! Ciężko uwierzyć, wiem, ale na szczęście tamta faza mi już przeszła. Tak jak i aparat na zęby, zdjęty już w wakacje między gimbą a liceum. Co oprócz jazdy na motorze umiem, możesz spytać? Otóż potrafię grać na gitarze. Tak, może to gejowe, ale da się przy tym fajnie odstresować. A niektórzy mi nawet mówili, że mam zdolności wokalne, choć ja osobiście nie znoszę swojego głosu. Zresztą jak chyba każdy. Jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy, bo nie może zgasić tamtego płonącego papierka- znajdzie mnie zawsze w pokoju numer dwa, na pierwszym piętrze. Znaczy znajdzie mnie, jeśli nie będę poza internatem, oczywiście. Ewentualnie może szukać w szkole po planie lekcji. Lub później, na zajęciach sportowych albo na samoobronie. No i okazjonalnie na wolontariacie. Ale to robię tylko dlatego, żeby móc tam się spotkać z pewną panienką spod 073. Czy ktoś może mieć za złe biednemu Tobciowi, że zakochał się w tamtej urokliwej wiolonczelistce? No raczej nie, Ameryka chyba wolny kraj. Albo coś w ten deseń. Kończę swoją autobiografię, bo dzwonią ze straży. Z fartem, mordeczki! I pamiętajcie, dezodorantu i zapalniczki używajmy tylko pod nadzorem rodziców i na zewnątrz!

∴ Kontakt: 1 | 2 | 3 ∴

sobota, 24 sierpnia 2019

Father, please tell me the story...

... about the brother who loved you and about the hero who saved you.

PINTEREST [24.08.2019]
⬩⬥⬩
GODNOŚĆ: Sylva Feyre Wulf
PSEUDONIM: Sylva nie spotkała się w życiu zbyt dużą ilością pseudonimów, lecz jeden zapamiętała z miłymi wspomnieniami - Dzwoneczek.
WIEK: 17 lat
PŁEĆ: Kobieta
POCHODZENIE: Norwegia
⬩⬥⬩
ROLA: Anioł
KLASA: IIB
ZAJĘCIA DODATKOWE: W poniedziałki uczęszcza na zajęcia z samoobrony, natomiast w czwartek spotkać ją można na zajęciach teatralnych.
POKÓJ: 072.
⬩⬥⬩
ORIENTACJA: Biseksualna.
ZAUROCZENIE: Dziewczyna jak do tej pory nie rozglądała się za nikim, z kim mogłaby chodzić dłuższy czas. Ale może się to zmieni?
PARTNER: Brak.
RODZINA: 
  • Ophelia O'Lear - jej mama. Kobiety nie mają ze sobą zbyt bliskich kontaktów, matka odeszła od niej i od ojca, gdy Sylva miała sześć lat. Spotykają się dwa/trzy razy w miesiącu i spędzają ze sobą nieco czasu, choć dziewczyna nie za bardzo za tym przepada. Feyre nie wybaczyła jej czynu jakiego się postąpiła, ale podczas spotkać próbuje być miła i nie ukazuje po sobie złości.
  • Siva Wulf - ojciec. Dziewczyna go uwielbia, Mężczyzna nie jest typem surowego ojca, który nie ma czasu dla swoich dzieci, wręcz przeciwnie - kiedy tylko może spędza czas ze swoimi dziećmi na gry planszowe, czy zwykłe spacery po lesie. Sylva nigdy na niego nie narzekała, bo wiedziała, że stara się z całych sił by zastąpić matkę.
  • Alexy Wulf - jej starszy o dwa lata brat. Mieszka z narzeczoną niedaleko domu swojego ojca. Dzwoni do niego prawie codziennie by zapytać co u niego słychać, kiedy on pyta się jak idzie jej w szkole. Podczas gdy ona utrzymuje z matką jakiekolwiek kontakty, on odwrócił się od niej całkowicie. Obwinia ją o to, że codziennie musiał słuchać płaczu swojej młodszej siostry, która nie rozumiała, dlaczego mama odeszła. Jest ciepłą osobą, która przyjaciół Freyi traktuje jak własnych.
⬩⬥⬩
GŁOS: Emma Heesters
APARYCJA: Szatynka o dwukolorowych oczach, mierząca sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Odcień skóry nieco opalony, delikatny, zaś sama sylwetka typowo kobieca. Ma czym oddychać oraz na czym usiąść, lecz zachowana szczupła figura. Bardziej dumna jest ze swojego brzucha i talii, a także nóg, dzięki którym po prostu wymiata w szpilkach i innych butach na obcasie czy koturnie. Matka natura obdarowała ją pełnymi ustami. Nie ulepszała sobie ich w żaden sposób. Dodatkowo jest posiadaczką jednego z najładniejszych uśmiechów, jakich znam, a do tego prześlicznych białych ząbków, które grzecznie szczotkuje dwa (a nawet trzy) razy dziennie. Ładna buzia bez najmniejszych blizn czy innych skaz, jedynie z kilkoma pieprzykami, które dodają jej uroczego wyglądu. Niektórzy po pierwszym spotkaniu z nią przyrównują jej wygląd do porcelanowej laleczki. Ma długie, delikatne palce i zadbane paznokcie, zawsze pomalowane bezbarwnym lakierem. 
CHARAKTER: Wyrobić sobie zdanie na czyjś temat wcale nie jest takie trudno. Wystarczy tylko kilka sekund obserwacji i opinie masz podaną, prawie że na tacy. Czy taka metoda oddaje rzeczywistość? Zdecydowanie nie! Sylva przez ładną buźkę oraz pociągające ciało odbierana jest jako kolejna pusta niunia z insta pragnąca followersów. Większość osób nie odbiera jej poważnie i myśli, że może ją wykorzystać do swoich celów. Miny tych wszystkich naiwniaków są bezcenne, kiedy prawda okazuje się inna. Dziewczyna jest niezwykle inteligentna. Zacznijmy od ogólnego zarysu jej charakteru. Swoim IQ przewyższa znaczną większość spotkanych osób. Mózg tej młodej kobiety jest niczym komputer. Zapamięta wszystko, co zobaczy i usłyszy. Myśli niezwykle szybko. W sekundę oceni sytuację oraz znajdzie z niej najkorzystniejsze dla siebie wyjście. Już po tych kilku zdaniach możesz sobie wyobrazić, że to chodząca encyklopedia. Nie zawsze ma przysłowiowy kija w d*pie. Miewa szalone i nierozsądne pomysły. Które nie są do końca odpowiedzialne i przemyślane. Nauczyła się obserwować innych tak, że Ci nie są tego świadomi. Przygląda się dosłownie wszystkiemu, nie umknie jej nawet najdrobniejsza zmiana mimiki twarzy, gest czy nawet delikatne zawahanie w głosie. Jedak, aby mieć pełen obraz czyjegoś charakteru musi zamienić kilka słów. Robi to chętnie, ponieważ ciekawią ją ludzie oraz świat. Otwarta na wszelkie nowe doznania. Czuje się tak samo dobrze na wystawnym przyjęciu, jak na wypadzie z przyjaciółmi na kilka piw. Możesz pomyśleć, że jest sztuczna, bo udaje kogoś, kim nie jest. Myśl co chcesz po niej spłynie to jak po kaczce. Jednak każdą ranę zadaną psychicznie zapamięta i będzie czekała aż nadejdzie Twój dzień aby się zemścić. Na co dzień jest cicha, spokojna i skryta w sobie. Trzyma się w cieniu i idealnie wtapia w otoczenie. Jest szara myszką, która niczym szczególnym się nie wyróżnia. Raczej stroni od ludzi nie chcąc zbyt bardzo się przyzwyczajać. Nie lubi tłoku i niepotrzebnego harmideru. Jej sposób życia oraz to kim jest sprawia, że została samotnikiem bez przyjaciół, rodziny. Lari zawsze stara się być miła, uprzejma i uśmiechnięta nie zależnie od sytuacji. Nie lubi konfliktów i sprzeczek za wszelką cenę stara się ich unikać. Wyśmienita słuchaczka i trafna obserwatorka. Dzięki temu potrafi ocenić kto jakim jest człowiekiem i jak wiele jest wart. Uczynna, pracowita i w razie wypadku skłonna do pomocy. Jest bardzo uczuciowa i szkoda jej wszystkich, którym wiedzie się gorzej. Rozczula się nawet na filmach. W życiu wbrew zasadom kieruję się własnymi wartościami. Jeżeli coś sobie postanowi bywa uparta i dąży do celu nie przejmując się późniejszymi konsekwencjami. Przez co często wpada w kłopoty i ma nieprzyjemności.
UMIEJĘTNOŚCI: Dziewczyna nie wykazuje się może niczym szczególnym na pierwszy rzut oka, lecz jest mistrzynią w gry planszowe. Nie ważne czy już w nią grała, czy nie - w mig rozpracuje najbliższą drogę do zwycięstwa. Robi także cudne zdjęcia, dlatego podczas ważnych apelów jest proszona o wykonanie sesji, która później trafia na stronę szkoły. 
INNE: 
  • Dziewczyna interesuje się historią, mitologią i wierzeniami wszelkich ludów. Fascynuje ją to jak bardzo ludzie w dawnych czasach byli otwarci na świat, który ich otaczał. Ciężko jej uwierzyć jak bardzo teraz stali się ograniczeni.
  • Na jej laptopie można znaleźć masę filmów oraz seriali, lecz dziewczyna woli chodzić do kina gdzie jak twierdzi, jest lepszy klimat.. 
  • Uwielbia chińszczyznę i kuchnię włoską.
  • Dziewczyna cierpi na hemolakrię, więc nie przestrasz się jej krwistych łez.
  • Zna wiele języków azjatyckich m.in japoński, koreański, chiński, tajlandzki podstawy rosyjskiego, chociaż potrafi też płynnie mówić po niemiecku oraz hiszpańsku.
  • Męczą ją koszmary nocne
  • Uwielbia oglądać bajki oraz anime, a patrząc na jej charakter nie dziw się jeśli zacznie płakać, kiedy jej ulubiona postać umrze.
⬩⬥⬩
KONTAKT: bozenka22 [howrse], Pandzika [doggi-game], BellaVintro#6611 [discord], pandzika@gmail.com [gmail]